piątek, 16 listopada 2018

Gruzja autostopem, czyli o gruzińskiej gościnności, litrach wina i przepięknym Kaukazie

Gruzja już za nami! Zapraszamy Was na opowieść o niezwykłej gościnności Gruzinów, czyli o tym, jak dzięki autostopowaniu poznaliśmy lidera gruzińskiej partii rządzącej, zostaliśmy zaproszeni na gruzińską suprę z okazji winobrania, a także o tym jak wzruszenia pięknymi toastami usunęły nam grunt spod nóg,  i wielu innych przygodach! Każdy dzień zasługiwałby na osobny wpis, jednak postaramy się przybliżyć Wam ten piękny kraj w jednym tekście.

Droga do Tbilisi z gruzińskim politykiem

Przygody zaczęły się już pierwszego dnia, od pierwszego złapanego stopa. Pierwszym kierowcą, z którym jechaliśmy w Gruzji, był pan Archil Talakvadze, czyli lider partii rządzącej w gruzińskim parlamencie. Nie tylko wziął nas na stopa, lecz także zaprosił na obiad w tradycyjnej gruzińskiej restauracji, gdzie mieliśmy okazję spróbować przepysznych dań, popijając je gruzińskim winem i słuchając o gruzińskich tradycjach. 
Pan Archil powiedział nam także bardzo dużo o kwestiach współczesnych: rozwoju gospodarczym tego kraju, a także o swojej pracy i wyzwaniach na najbliższe lata. Pytaliśmy o ostatnie wybory prezydenckie, które odbyły się dzień wcześniej, o to jaki jest powód przejścia z systemu prezydenckiego na parlamentarny oraz jak Gruzja poradzi sobie z rosnącą centralizacją państwa (w Tbilisi mieszka 1/3 populacji kraju). W jego odpowiedziach słychać było rasowego polityka - „zauważamy problem i staramy się działać” – to jego standardowa odpowiedź. Najbardziej zaskoczyło nas jednak to, w jaki sposób mówił o swoim kraju, jak przychylnie odnosił się do każdego spotkanego człowieka (a także kotka!), jak opowiadał o wyzwaniach, którym musiał sprostać jako wiceminister. Czuć było aurę idealizmu, która wydaje się, że w Polsce przeminęła. Kiedy spytaliśmy czy często bierze stopowiczów, wyznał, że zawsze, ponieważ to mieszkańcy płacą za kierowcę, auto służbowe i benzynę, więc społeczeństwo powinno z tego też korzystać. Wyobrażacie sobie takie podejście w Polsce?
Kolejnym przystankiem było Tbilisi, w którym zatrzymaliśmy się na dłużej, żeby skorzystać z free walking tour, odkrywając mało znane miejsca tego eklektycznego miasta oraz oddać się relaksowi w gruzińskich, parnych łaźniach, gdzie zimne piwo smakowało jak wtedy, gdy mieliśmy po szesnaście lat. 
Stolica Gruzji okazała się być niezwykle kolorowym i żywym miastem, co bardzo nam się spodobało. Jest to ogromne miasto, w którym pełno jest dysproporcji - fragmenty pięknie wyremontowane, jednak wystarczy przejść, ale kilkaset metrów dalej by zauważyć rozpadające się rudery. Usłyszeliśmy, że uznano iż najlepiej remontować miejsca rejonami, bo to przyciągnie turystów bardziej niż wyremontowane budynki poprzeplatane ruderami. 









W Tbilisi szczególnie polecamy łaźnie. Należy do tego zaopatrzyć się w zimne piwo i zamówić peeling lub masaż. W pewnym momencie kąpieli przyjdzie do Was Pan/Pani z szorstką rękawicą i zaprosi Was na kozetkę, byście mogli oddać się relaksowi.  

Majestatyczny Kazbek o poranku

Kolejnym kierunkiem była góra Kazbek, u stóp której spędziliśmy epicką noc w namiocie. Najpierw trekking z wielkimi plecakami do kościółka Sameba Cminda. Wybraliśmy nogi zamiast taksówki, bo sześciokilometrowa podróż, kosztowałaby tyle co dwudziestokrotnie dłuższa trasa powrotna do Tbilisi. 
Podczas podejścia przekonaliśmy się po raz kolejny, że mamy za ciężkie plecaki. Tylko co można by wyrzucić? W nocy przekonaliśmy się, że niewiele, bo założyliśmy na siebie wszystko, co mogliśmy. 
Zmarzliśmy niesamowicie, w nocy spadł nawet śnieg, a Ola tej nocy, ze względu na zimno, spała tylko 2 godziny. Jednak rano, po rozpięciu namiotu ujrzeliśmy przepiękny widok i wiedzieliśmy, że było warto. 








Z Tbilisi do Kazbegi prowadzi pełna serpentyn gruzińska droga wojenna z malowniczymi  górskimi widokami. Jechaliśmy nią między innymi TIRem, w którym zupełnie inaczej odczuwa się wysokość i wszechobecne serpentyny, szczególnie kiedy kierowca pokazuje innego TIRa, który ostatnio spadł z trasy i wylądował na  dole przepaści. Wracając tą samą trasą, z Kazbegi w stronę Tbilisi, warunki pogodowe mocno się pogorszyły, zaczął padać śnieg i pojawiła się mgła. Dokładnie wtedy, wyprzedzając na milimetry inne samochody, kierowca, z którym jechaliśmy zaproponował wspólne zapalenie jointa w trakcie jazdy, oznajmiając nam, że on pali codziennie i to niejednego [1].

Prawdziwie gruzińskie przeżycia

Zamiast jechać główną trasą, postanowiliśmy przeżyć prawdziwe gruzińskie doświadczenie, dlatego odbiliśmy na lokalną drogę i skierowaliśmy się na trakt winny biegnący przez małe miejscowości w regionie Kakheti.
 

W trakcie jednego noclegu na wsi pośród niczego towarzyszył nam pies pana posiadającego malutki miejscowy sklepik. Kiedy rozbijaliśmy namiot, pan przyszedł po swojego zwierzaka, jednak pies ani myślał się ruszyć. Pan pozwolił mu zostać pod warunkiem, że przyprowadzimy go rano do sklepu. Pies przez całą noc leżał koło naszego namiotu pilnując nas i chroniąc przed nocnym złem. 
Po drodze do Kakheti zwiedziliśmy kościół Alaverdi z XI wieku, który przez ponad 1000 lat był najwyższą cerkwią w Gruzji. Cały kompleks jest świeżo wyremontowany i możemy założyć się, że w niedalekiej przyszłości nakręcą w nim niejeden film. Ma się tam bowiem nieodparte wrażenie, jakby za chwilę z klasztornych budynków mieli wyjść mnisi, i w swoim spokojnym, od tysiąclecia tym samym tempie, zabrać się za uprawę oliwek i winogron.

Kierując się już na drogę z Alaverdi, by łapać stopa, usłyszeliśmy muzykę i zauważyliśmy nieopodal kilkanaście namiotów. Kierowani dobrym przeczuciem, podeszliśmy w tamtym kierunku. Gdy tylko nas zauważono, zaproszono do stołu. Okazało się, że jest to impreza zorganizowana z okazji końca winobrania. Zostaliśmy poczęstowani obiadem, ciastem, owocami i litrami wina. Tańczyliśmy i rozmawialiśmy z Gruzinami, choć to częściej oni mówili, a my próbowaliśmy ich zrozumieć. Szczególnie im dalej w wino, tym było trudniej, dochodząc do tego, że ktoś zaczął przed Krzysiem klękać, rozrywać szaty i opowiadać o Putinie. Były też wielkie kłótnie po gruzińsku, dysputy, tańce na zgodę, na złość i radość.

W Gruzji toasty są ważnym i przestrzeganym rytuałem, kluczową częścią supry, czyli uczty. Każda uczta ma swojego Tamadę, czyli gruzińskiego mistrza ceremonii, którego zadaniem jest dbać o nastrój podczas wydarzenia poprzez wznoszone, najczęściej bardzo kwieciste i poetyckie toasty. Wzniesiono wiele toastów za polsko-gruzińską przyjaźń, pokój na świecie, za miłość, za przyjaźń i za nas i nasze szczęśliwe wspólne życie i wiele wiele wiele naszych przyszłych dzieciaczków. Jeden toast trwał zazwyczaj od kilka do kilkunastu minut i był popisem krasomówstwa – takim, że nie sposób odmówić. Gdy wieczór zamieniał się w noc, postanowiliśmy zacząć akcję „odwrót” by dojechać do Telavi i znaleźć tam nocleg. Nie spodziewaliśmy się, że wyjście z imprezy pójdzie łatwo i tak też było. Najpierw zapowiedzieliśmy, że musimy iść, wypiliśmy ostatni toast, zatańczyliśmy ostatni taniec, a potem tak jeszcze trzy razy. Pan Guriami, Tamada tej supry, zaprosił nas do siebie gdybyśmy przejeżdżali w pobliżu jego domu i wielokrotnie zapewnił nas o swojej przyjaźni. Na koniec każdy zrobił sobie zdjęcie z nami. Ola była prawdziwą gwiazdą, każdy z panów chciał ich mieć z nią co najmniej kilka.
Impreza ta była czymś zupełnie innym niż jakiekolwiek biesiada na której byliśmy - do tego stopnia, że czuliśmy się jak w filmie. Widoki były cudowne, w tle widać było kaukaz, słońce grzało nas w twarz. Jednocześnie impreza miała w sobie pewną surowość – ze względu na to, że brakowało talerzy gospodarze wytarli swoje chlebem, by nam je oddać. Oddali też nam szklanki z wpół wypitym winem, a część z nich piła z przeciętych na pół butelek. Smakołykiem było gotowane tłuste baranie mięso wraz ze skórą, które nie wyglądało najlepiej. Gdy zobaczyli, że Ola nie je mięsa zaproponowali jej ogórka, bo tylko to było bezmięsne. W całym tym kontraście, tym grubym ociosaniu czuć było prawdziwość, porzucenie formy, tak zapomnianą na Zachodzie bliskość ziemi. 

Po dwóch dniach spędzonych w Telawi autostop wybitnie nam nie szedł. Przez cały dzień przejechaliśmy jedynie 30 km i trafiliśmy do miejscowości Tamady – czy to nie był sygnał, że należy z zaproszenia skorzystać? Dość długo się zastanawialiśmy, jednak mógł mieć inne plany, byliśmy niezapowiedziani, a co więcej był lekko pijany zapraszając nas. No nic! Nie dowiedzielibyśmy się, gdybyśmy nie spróbowali. Kupiliśmy polską wódkę i postanowiliśmy poszukać gdzie mieszka, ponieważ zapisał swój adres po gruzińsku. 
Gdy się wreszcie dotarliśmy na miejsce, nie wydawał się zachwycony, jednak było to tylko początkowe wrażenie. Udał się szybko do sklepu, a po powrocie wręczył Oli zakupy mówiąc by przygotowała kolację. Było to pierwsze tak osobiste i ostre zderzenie z inna kulturą – to kobieta przygotowuje posiłek.  W pierwszej chwili nie wiedzieliśmy, co mamy zrobić, byliśmy w obcej kuchni, oczekiwane było bardzo ogólne, a w lodowce nic nie było. Po pierwszym szoku i zdziwieniu, poszliśmy razem przygotować jajecznicę, gdyż w siatce były tylko jajka, chleb i szynka. 
W rozmowie wyszło, że supra na której byliśmy to w istocie świętowanie winobrania. Pan Guriami ma pole winorośli i wytwarza tonę (sic!) wina na własny użytek. Opowiedział też historię swojego życia, ze wszystkimi jego wzlotami i upadkami. Z każdym toastem historia robiła się bardziej emocjonalna, a słowa… coraz bardziej po gruzińsku. Krzyś pił ¼ tego co Guriami, a i tak był już mocno wstawiony. Warto dodać, że pan Guriami ma 63 lata. Lata wprawy wyraźnie nie poszły na marne. Poranne pożegnanie znów było trudne. Widać było, że sprawiliśmy mu radość odwiedzinami. Na odchodne dał nam wina w dwóch rodzajach, czaczę, sosy i konfiturę. 
Ostatnim zwiedzanym przez nas miastem Gruzji było Sighnaghi, które jest niezwykle turystycznym miastem, co widać po przygotowanej pod turystów infrastrukturze. Wartymi zobaczenia są malownicze mury miejskie, ładne, małe uliczki centrum miasta i muzeum etnograficzne, ale tylko wtedy, gdy przewodnikiem jest Madlena. Dzięki tej niespodziewanej znajomości zostaliśmy indywidualne oprowadzeni oraz mieliśmy możliwość zadania miliona pytań i dotykania wszystkich eksponatów. Pytania na temat Gruzji przeplatały się z gradem pytań Krzysia i Maćka o osobiste doświadczenia. Mimo początkowej nieśmiałości i irytacji osobistymi pytaniami, zaprzyjaźniliśmy się z Madleną i wieczorem wspólnie popijaliśmy gruzińskie wina i koniak.


Ze względu na to, że Signnaghi było naszym ostatnim miastem w Gruzji, chcieliśmy koniecznie spróbować khinkali, jednak w polecanej restauracji tego dnia przygotowujący je pan miał urlop. W kolejnej restauracji udało się je zamówić, jednak nie było wersji wegetariańskiej… Na naszą prośbę obsługa postanowiła zrobić dla nas wersję z serem. Trochę się zdziwiliśmy kiedy dostaliśmy prawdziwe khinkali z mięsem oraz… polskie pierogi z serem :) No cóż, taki los wege-podróżnika.

 
Dopiero w ostatnim zwiedzanym mieście naszła nas refleksja, że w Gruzja wygląda jak Polska sprzed 20 lat. Pod względem PKB per capita PPP Gruzja ma 10,7k$ [2], czyli tyle ile było w Polsce w 2000 roku. Wtedy dopiero zaczęliśmy się zastanawiać jak wielki i niezauważony skok gospodarczy zrobiliśmy. Pamiętacie, jak kiedyś śmialiśmy się z dziurawych dróg w Polsce? Teraz już  trudno taką wskazać. 
Tak jak Gruzja przywitała nas przygodą, tak też pożegnała. Ostanie auto, którym jechaliśmy przestało działać na kilometr przed granicą z prozaicznego powodu – zabrakło benzyny.  Jako, że była to stara Łada, żaden ze wskaźników na desce rozdzielczej nie działał, więc Pan kierowca nie mógł tego wcześniej wiedzieć. Widać było, że nie zdarza się to po raz pierwszy, bowiem Pan wiedział co robić. Zadzwonił po kolegę i już po pół godzinie przejechaliśmy brakujący dystans. 
Piękne w podróży autostopem jest to, że nie ma co się spieszyć, należy zdać się na los. Dzięki temu żadne obsuwy czasowe nie istnieją, żadne czekanie i bezczynność nie irytuje. Jest za to spokój ducha. 

Gruzja w pigułce - czyli nasze rekomendacje doświadczeń, miejsc i kuchni

Co zjeść

Khinkali – pierożki gruzińskie, zwijane w kieszonkę. Tradycyjnie z baranim mięsem wraz z rosołem, choć czasem dostępne są wersji wegetariańskiej – z serem lub z pieczarkami. 
Khaczapuri – dostępne w paru odmianach, np. z jajkiem – bomba kaloryczna!
 
Achika – ostry sos z papryczek chili z domieszką pomidorów i ziół.
Kiszonki – w Gruzji kiszą wszystkie rodzaje warzyw – pycha! Polecamy szczególne kiszony czosnek!
Puri – czyli najprostszy i najlepszy chleb pod słońcem.

Co zobaczyć

Tbilisi – to niezwykle kolorowe i żywe miasto, które trzeba zobaczyć
Kazbek i Cminda Sameba – urocze miejsce, typowy widok z Gruzji, ale tak urokliwy, że trzeba to przeżyć ;)

Co zrobić

Wino w regionie Kakheti – Gruzja posiada swój trakt winny, na którym znajduje się dużo winnic, a oprócz tego sporo zabytków . Warto zanotować, że gruzińskie wino jest zupełnie inne niż europejskie – niefiltrowane, bez jakichkolwiek dodatków – w końcu Gruzini mają najstarsze na świecie tradycje winne.
Czacza do gruzińskich toastów – poezja, wzruszenia i kac gwarantowane!
Robić namiot pod Kazbegi –polecamy Wam zrobić to wcześniej niż w listopadzie. Wtedy też da się wytrzymać, ale przyjemniej byłoby gdyby było cieplej ;)
Łaźnia w Tibilisi – polecamy do wygrzania się i masażu, szczególnie z zimnym piwkiem. Kilka łaźni jest czynnych przez 24 godziny na dobę.
Pogłaskać psa – w Gruzji ujrzeliśmy tysiące psów żyjących na ulicach miast oraz we wsiach. Pierwsze zderzenie z zaniedbanymi psami jest dość ciężkie. Warto dać im trochę radości głaszcząc je i rzucając odrobinę jedzenia. 
Droga przez małe gruzińskie wioski i miasteczka – spotkanie z gościnnością niezmąconą masową turystyką i surowością górskiego życia.

Garść statystyk

  • O kraju
    • Mieszkańców (w tym w stolicy): 3,7 mln (1,1 mln / 30%) [3]
    • PKB per Capita PPP (ile % Polski aktualnie / kiedy było takie w Polsce): 10,7k$ (37% / 2000) [2]
    • Średnia pensja: 1103 GEL ~ 1571 zł  [4] 
    • Cena bochenka chleba: 0,60 GEL ~ 0,86 zł
    • Rekord w swojej kategorii: 12 bezpańskich psów w jednym momencie
  • O naszej podróży
    • Ilość kierowców, z którymi jechaliśmy / ilość kilometrów z nimi przejechana: 16 / 700km
    • Ilość nocy w namiocie/będąc zaproszonym/w hostelu:  4/1/5

[1] W Gruzji posiadanie 70 gram marihuany jest legalne od lipca 2018

[2] https://data.worldbank.org/indicator/NY.GDP.PCAP.PP.CD

[3] https://www.google.com/search?q=georgia%20population

[4] https://tradingeconomics.com/georgia/wages 




2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam jedząc pyszny chleb puri zakupiony na .. Piłsudskiego. Pozdrawiam i czekam na kolejne, równie wspaniałe posty . Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Karabon voyage , Blogger