wtorek, 30 kwietnia 2019

Indie: Agra, Waranasi i… Patna, czyli decyzja o jak najszybszej ucieczce

Po okresie choroby, nadszedł czas na odwiedziny najbardziej oczekiwanych przez nas miejsc w Indiach – Tadź Mahal i Waranasi. Ola będąc małym brzdącem marzyła o wielkich podróżach. Czytała książki o niezwykłych krainach i magicznych miejscach, a jednym z nich było Waranasi. Musieliśmy tam pojechać, spełnić jej dziecięce marzenia! 

Instagram kontra rzeczywistość

Mimo że Agra miała do zaoferowania znacznie więcej niż jedynie mauzoleum Mumtaz Mahal, postanowiliśmy ograniczyć się jedynie do tego cudu architektury. Wiedzieliśmy, że będą tam tłumy, bo dziennie odwiedza je aż 15 000 ludzi. Sprytnie wymyśliliśmy, że aby ominąć tłum, przyjdziemy o wschodzie słońca – niestety, nie byliśmy jedynymi, którzy na to wpadli! Do tego stopnia, że gdy wychodziliśmy trzy godziny później, nie było już żadnej kolejki, a w środku było znacznie mniej osób, niż o świcie. Krajobraz i budynek nie wyglądały tak cudownie jak na Instagramie – zamiast pięknych, pustych kadrów wszędzie było pełno pozujących ludzi, a wschód słońca był zasłonięty przez gęstą chmurę smogu.
Nasze ulubione zdjęcie z Taj Mahal
Wschód słońca, tłumy i smog...
Budynek, co trzeba przyznać, był bardzo ładny i wykończony z niezwykłą precyzją. Według nas wrażenie robił przede wszystkim z powodu wyeksponowania – w okolicy był tylko on, wszystkie zbędne „szumy” zostały usunięte, nie było nic w tle, a nawet w okolicy około 300 metrów w każdą stronę. 
Wiecie ile to fotoszopowania usunąć taki tłumy?!
Pomnik miłości na pierwszym planie i jakiś budynek w tle
Zwiedzając to mauzoleum, czyli piękny pomnik wykonany dla żony miernego władcy, który zasłużył się wprowadzeniem nietolerancji religijnej; którego sama budowa została rozpoczęta w czasie, kiedy z głodu w kraju umarło dwa miliony ludzi, mieliśmy przemyślenie, że najpopularniejsze na świecie  zabytki/obiekty są stworzone jako efekt rozdmuchanego ego. Stawiane są w krajach uważanych przez nas jako antytezy idealnego państwa – rządzonych autorytarnie, z wykorzystywaniem obywateli. Ich nadrzędnym celem jest zaspokojenie ego swojego władcy. Nie tyczy się to jedynie tego konkretnego przypadku, ale również wielu innych – Persepolis, piramid, Luwru czy choćby Koloseum.



Tak na marginesie rozważań na temat rządów autorytarnych zdziwiło nas bardzo, że w rankingu demokracji The Economist [1] Indie są lepiej oceniane od Polski w każdej badanej dziedzinie. Kraj, w którym partie polityczne mogą płacić wyborcom za głosy (co jest bardzo popularne i każdy z kim rozmawialiśmy z tego korzysta), kraj w którym szerzy się korupcja (której byliśmy świadkiem), kraj w którym premier uważa, że wyznawcy jego religii nie są pełnoprawnymi obywatelami (członkowie partii rządzącej, w tym premier, przy okazji narzekania na trudny los społeczności hinduskiej namawiają do ataków na tle religijnym na muzułmanów), kraj w którym instytucje państwowe nie przestrzegają praw swoich obywateli (najniższa kasta, niedotykalni, są nieformalnie "poza prawem", więc zdarzają się gwałty, zabójstwa i inne przestępstwa policji na tej społeczności) jest wyżej od Polski. To nie najlepiej świadczy o naszym kraju.
W całym kraju były ogłoszenia o tym, by nie dać przekupywać swego głosu
Z Agry do Waranasi dostaliśmy się autobusem nocnym
  
Najpiękniejsze zdjęcie podroży według Krzyśka



Waranasi, czyli święto, którego nie zrozumieliśmy

Zupełnie przypadkiem w okresie, w którym trafiliśmy do Waranasi trwało święto zaślubin Shiwy, hinduskiego boga i patrona miasta, z Parvati. Jak można się domyślać oznaczało to, że pełno w nim było pielgrzymów i turystów, a do tego celebracji, muzyki i śpiewów. Na każdym rogu widać było przedstawienia, pokazy, uduchowionych turystów, guru, a wszystko to łączył przeraźliwy hałas oraz tłok.
Na przywitanie manager hostelu zaprosił nas na przepłynięcie łódką na drugą stronę Gangesu, by obejrzeć zachód słońca. Przypominało to warszawską Wisłę – lewy brzeg zagospodarowany bulwarami, prawy dziki, pochłonięty przez naturę. Z tą jedynie różnicą, że w Waranasi na brzegu leżą martwe zwierzęta, wszędzie walają się śmieci, na stosach palone są zwłoki, a obok ludzie kąpią się i piorą rzeczy.
"Dzika" strona Gangesu
Zabudowana strona Gangesu
Bardzo popularne w Indiach jest puszczanie własnoręcznie zrobionych latawców
Szczątki zwierząt nie należały do rzadkości
Martw krowa pływająca w Gangesie
Kąpiel w świętej rzece
W świętym mieście nie dało uciec się od indyjskiej codzienności
 



Później przeszliśmy się wśród tłoku i wszystkiego, o czym Ola czytała w swojej książce. Pierwszym dziwem byli dla nas Aghori Baba, czyli duchowni z gór, poświęceni Shiwie. Z jednej strony, chcąc przyporządkować ich do jakiegoś znanego nam schematu, stwierdziliśmy, że są to asceci - żyją w szałasach, są nadzy i cali wysmarowani w popiele pozostałym ze spalenia zwłok. Do ich niepokojącego obrazu dodawało się jeszcze to, że często robią różne „sztuczki” ze swoim penisem, na przykład nawijając go na patyk. Z drugiej jednak strony wyciągają swojego smartfona, oglądają na nim filmiki z youtuba i robią selfe z turystami – i to już do naszego pojmowania ascety nie pasuje. 

TUTAJ ZDECA KSIAZKI



Innym, wymykającym się naszemu pojmowaniu, fenomenem był rytuał palenia zwłok. Gdy już zbliżaliśmy się do rejonu tychże ceremonii, zaczepiali nas „przewodnicy” oferujący najlepsze miejsce na, jak to określali: „grillowanie” lub „rożen z kurczaka”. Całość obdarta była z mistycyzmu, którego się spodziewaliśmy, wyglądało to bardziej na fabrykę, niż na religijny rytuał. Spodziewaliśmy się jakiejś intymności, opłakiwania zwłok, obecności członków rodziny, podniosłej atmosfery i ilości dymu podobnej do tej  w godzinę W na rondzie Dmowskiego w Warszawie. Zamiast tego był tu brud, walające się śmieci, chaos, chodzące pomiędzy wszystkim zwierzęta, wyjadające spomiędzy stosów to, co jeszcze się do tego nadawało, rodziny robiącą selfie i transmisje na żywo z pogrzebów, by po piętnastu minutach odejść oraz specjalnych ogniowych obracających spalane ciała. Dla nas wyglądało to, kolokwialnie mówiąc, obrazoburczo i nieestetycznie z powodu brudu, śmieci i chaosu, choć domyślamy się, że pewnie dla Hindusów było zupełnie odwrotnie - to, w sensie duchowym, najczystsze i najświętsze miejsce – święta rzeka i rytualny ogień. 


Obserwując to, co się dzieje w Waranasi, tę liczbę „dziwnych” ludzi, odmienne od naszych ceremonie, inne zwyczaje, doszliśmy do przekonania, że nie da się tego zrozumieć w tak krótkim czasie, jaki spędzimy w tym kraju. Nie mamy kontekstu, a wszytko jest zbyt różne od tego, co znamy, by to do czegoś porównać. Poznajemy pewne fragmenty, ale każda odpowiedź rodzi nowe pytania, a wiedza nie łączy się w spójną całość. Brakuje punktów zaczepienia - zupełnie inna religia, odrębną historia, osobliwa kultura, swoiste sporty - trudno znaleźć jakiekolwiek podobieństwa z Polską i jedyne, co możemy zrobić, nie mogąc tego zrozumieć, to po prostu uszanować ich odmienność. Jesteśmy biernymi obserwatorami spektaklu, którego nie rozumiemy. 


Czasem warto słuchać rady mamy

Jak tylko wróciliśmy do hostelu, jego zarządca zaprosił nas na imprezę na dachu. Ola się źle czuła, więc została w pokoju, Krzyś postanowił skorzystać z okazji, w szczególności, że miało zostać zapewnione darmowe jedzenia - takich okazji się nie odrzuca. 
Widok z hostelu
Była to typowa hostelowa impreza, każdy z innego kraju, jednak wszyscy z cywilizacji łacińskiej, których wspólnym tematem jest podróż. Większość takich rozmów brzmi jak przechwalanie się i trudno nawiązać jakiś głębszą, ciekawszą rozmowę. Jedynym wyróżnikiem w tej imprezie było to, że tu większość osób przyjechało nie na krótką wycieczkę, a na wielomiesięczną wyprawę. Korzystając z okazji Krzyś próbował dowiedzieć się co nieco o samym święcie i tutejszych rytuałach, łącząc strzępki tego, co kto usłyszał bądź zrozumiał.
Byli oczywiście również „oświeceni turyści”, czyli neofici, którym tak się spodobały Indie, że postanowili to pokazywać na każdym kroku. Już pierwszy rzut oka wystarczy, żeby poznać ten gatunek. Najczęściej byli ubrani w bardzo hipisowsko luźne ubrania, snuli się spokojnym wolnym krokiem po zatłoczonych uliczkach, patrząc pustym wzrokiem przed siebie, z wyrazem twarzy tak łagodnym i pełnym ducha, że ma się wrażenie, że dostąpili już świętości; medytowali, bądź uprawiali jogę w najdziwniejszych miejscach, opowiadali o swoich duchowych uniesieniach i o miłości do świata i innych, a przede wszystkim byli zakochani w Indiach. Dla nas ciężko jest zrozumieć jak można uzyskać duchową harmonię wśród niewyobrażalnego wszechobecnego hałasu i tłoku, na każdym kroku widząc głodujących ludzi mieszkających na ulicach i mając świadomość systemu kastowego i okrutnych zwyczajów, takich jak chaty menstruacyjne czy samospalanie się przez wdowy.
W międzyczasie na stół weszło danie główne - special lassi. Krzysiek założył, że będzie to Bhang lassi [2], czyli mleczny shake z dodatkiem marihuany. W czasie święta Shivaratri tradycją jest, że świętuje się poprzez wprawianie się w marihuanowy haj, a narkotyki rozdawane są nawet na ulicy (i to często za darmo).
W tym momencie spotkały się dwie znane nam zasady: z jednej strony ta, że należy "dzień święty święcić", a z drugiej strony mama uczyła, że „nie wolno brać narkotyków od nieznajomych” (a jedynie ze sprawdzonego źródła). Krzyś znalazł między nimi kompromis i wypił jedynie 1/3 kubka, choć byli też Ci, którzy mniej mam słuchają i pili po dwa kubki. Gdy tematy gadki - szmatki się skończyły, należało wrócić do pokoju i położyć się grzecznie spać obok żony.
Leżąc w łóżku poczułem, że coś jest nie tak. Zamiast błogiego zrelaksowania czułem, że serce bije jak szalone, nie mogłem skupić myśli, czułem lęk i strach. Coś się dziwnego ze mną i ze światem wokół działo. Po chwili dotarło do mnie, że to może być efekt lassi. Może było jednak w nim coś innego niż założyłem?
Wiedziałem, że najważniejszą rzeczą jest nie panikować, tylko spróbować się opanować. Nie znam żadnych technik relaksacyjnych, więc jedyne, co mi przyszło do głowy, to albo słuchanie relaksacyjnej muzyki albo głębokie i rytmiczne oddychanie. To pierwsze odpadało, , bo żadnego relaksacyjnego utworu nie znałem, a do tego nie chciałem w naszym sześcioosobowym dormitorium w środku nocy robić hałasu szukając słuchawek. Spróbowałem więc głęboko oddychać, jednak wtedy poczułem, jak przy każdym wdechu i wydechu energia przechodziła mi od czubków palców u stóp, po głowę, rozpychając się tak, że aż dla mnie brakowało miejsca. Postanowiłem ograniczyć ilość wchłoniętego narkotyku i zwymiotować to, co jeszcze miałem w żołądku. Po drodze do toalety czułem, jak każdy krok zajmuje mi znacznie dłużej, wszytko jest spowolnione, a ja jestem poza ciałem – istniało niebezpieczeństwo,, że gdy zbyt szybko się obrócę, moja dusza oderwie się od ciała.
Nie chciałem budzić Oli, bo wiedziałem, że sama się źle czuje z innego powodu, a to dodałoby jej pewnie zmartwień. Gdyby jednak coś mi poważniejszego stało się w nocy, wszystko opisałem i wysłałem przyjacielowi. Bałem się pójść spać, więc jedyne, co mogłem zrobić to pić dużo wody i czekać. Dla zabicia czasu czytałem artykuły w różnych gazetach. Ciekawe było to, że niektóre czcionki mogłem czytać (Rzeczpospolita, Gazeta.pl) a niektóre powodowały u mnie uczucie paniki (Klub Jagielloński). ~ Krzyś

Doświadczeń, jak na jedno miasto nam wystarczyło. 

Za to jedzenie uliczne było przednie!
Świeżo wyciskany sok z trzciny cukrowej
Naleśnik z makaronem i cebula - nie brzmi zachwycająco, ale zaskakująco było dobre

Patna - prawdziwie indyjska przygoda

Wydarzeniem, które determinuje rozwój głównej postaci w powieści Josepha Conrada Lord Jim jest katastrofa okrętu Patna. Jak więc można ominąć miasto, które tak się nazywa?
Bardzo prosto, wystarczy tam specjalnie nie wysiadać. Nic tam nie ma ~ Ola
Niemniej wysiedliśmy, a by dodać smaczku, postanowiliśmy skorzystać z CouchSurfingu. 
Miasto to było jak przysłowiowy Radom, Wąchock lub Sosnowiec - ostatnio turysta był tu pewnie 30 lat temu, a to pewnie i tak tylko dlatego, że autobus, którym jechał miał wypadek. Więc przybycie naszych białych twarzy do tego miasta pewnie można by porównać do przybycia czarnoskórego w latach '70 do któregoś z wcześniej wymienionych miast. Łatwo możecie sobie więc wyobrazić sobie ekscytację naszych gospodarzy. 
Od razu pod skrzydła przygarnęła nas cała rodzina i przez kolejne dwa dni nie odstępowała nas o krok. Nie było nawet opcji, byśmy zostali na chwilę w pokoju sami. Miasto zwiedzaliśmy w 16 osób, a z ciekawszych rzeczy oglądaliśmy spichlerz, największy szpital w mieście czy uczelnię wyższą. Obowiązkowo musieliśmy też połączyć się przez Skype z każdym członkiem rodziny, znajomym i kolegą. Najbardziej kuriozalnie wyglądał obiad, kiedy my jedliśmy, a nad nami stało 10 osób, każdy z innym daniem, a jak tylko zbliżaliśmy się do skończenia danego dania, to (mimo protestów, gdyż Ola nadal była na ścisłej diecie) od razu nam dokładano. Chociaż trzeba powiedzieć, że jedzenie było pyszne!


Park do grania w krykieta

Pierwszy dzień był miły, ale ciężki. Myślałem, że Ola mnie zabije. Ona nie jest wielką fanką CouchSurfingu, a szczególnie wtedy, kiedy nie mamy w ogóle czasu dla siebie ~ Krzysiek


Drugi dzień był dużo spokojniejszy, a przez to znacznie bardziej przyjemny. Wyspaliśmy się, przygotowaliśmy się na to, co może nas czekać i z pozytywnym nastawieniem daliśmy się ponieść falom wydarzeń. Ola dostąpiła zaszczytu ubrania ślubnego Sari gospodyni, w którym wyglądała olśniewająco. 
Ola w ślubnym sari gospodyni
Nie mogło skończyć się na jednym zdjęciu!

W tym czasie Krzysiek był przepytywany przez męska część rodziny o związki. Inicjatorem był Krzysiek, bo chciał się dowiedzieć o aranżowanych małżeństwach, skończyło się na wyłożeniu polskiej szkoły podrywu. Chłopcy byli żywo zainteresowani jak podrywa się w Polsce dziewczyny, bo u nich sztuka flirtowania nie istnieje - pytali na przykład czy mruga się sugestywnie oczkiem, co najlepiej oddawało, jakimi są w ekspertami podrywu. I teraz Krzysiek miał w pięć minut przedstawić całą subtelną sztukę gestów, dotyku, zachowań, które mają pokazać, że jest się zainteresowanym, a zarazem tego nie pokazywać. Sztukę podchodów, kierowanych przypadków i intryg.
Ciekawym było musieć usystematyzować i wyartykułować to, co zazwyczaj jest w ukryciu, o czym się raczej nie mówi. Nie wiedziałem, że to takie skomplikowane i że tyle intuicyjnie wiem! ~ Krzysiek
Wspólnie pojechaliśmy do zoo, parku, restauracji i spędziliśmy naprawdę miły dzień na rozmowach. W pewnym momencie spontanicznie w „naszym” pokoju odbyła się nawet impreza! Gospodarze puścili lokalną muzykę i zaczęli tańczyć! 



Rodzina Kumar, czyli rodzina w której w domu mieszkaliśmy
My z Satyamem, naszym hostem
Taniec wyglądał  (i często też tak jest na hinduskich teledyskach) inaczej niż nasz klubowy – w Polsce mógłby być oceniany jako nieprzyzwoity! Dużo częstsze, bardziej sugestywne i posuwiste są ruchy kroczem. Nie ma to podtekstu seksualnego, w taki sposób tańczono też z innymi  członkami rodziny czy przyjaciółmi. 
Na pożegnanie zostaliśmy odprowadzeni na pociąg, gdzie dogłębnie nas przepytano jak nam się podobało. Prosili o opinię na temat każdego członka rodziny i punktu programu, najlepiej w systemie punktowym. Wszystko to było nagrywane. W tym czasie wokół nas zebrała się grupa 17 hindusów, nie odzywających się słowem, wpatrzonych na nas jak w małpki w zoo.
Kunal na pierwszym planie to nasz kolega, ale kim jest ta reszta?
Spotkanie rodziny Satyama było jednym z jaśniejszych chwil Indii i na pewno zostanie z nami na dłużej ~ Krzyś

[1] najrzetelniejszy jaki jest dostępny, a na pewno najbardziej wpływowy
[2] https://en.wikipedia.org/wiki/Bhang

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Karabon voyage , Blogger