poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Indie: Ćennaj, Hampi, Pattadakal, Badami, czyli nasze pierwsze obawy

Indie to kraj, który albo się kocha, albo nienawidzi - nie ma nic pomiędzy. Po której stronie my jesteśmy? Zobaczycie już zaraz!
Trasa między Ćennajem a Mumbajem już na mapie wygląda imponującą. Tysiąc trzysta kilometrów po kraju, w którym średnia prędkość najszybszych pociągów to 50 km/h. A jednak mimo bycia na to przygotowanym, nie spodziewaliśmy się, że będzie ona aż tak długa i męczącą.


Ze względu na wizę, bilety lotnicze do Indii kupowaliśmy jeszcze przed przylotem na Sri Lankę, zanim w ogóle zaczęliśmy zastanawiać się, co chcemy zobaczyć w Indiach. Dlatego też miasto przylotu wybraliśmy jedynie pod kątem cen biletu. Zakładaliśmy, że wszędzie znajdzie się coś ciekawego do zobaczenia, bo przecież przewodnik po Indiach miał ponad 1000 stron, choć spodziewamy się, że spokojnie na ich temat można by napisać opasłą sagę.
Gdy już przebrnęliśmy przez jego sekcję "koniecznie zobacz", poszukaliśmy informacji w Internecie oraz podpytaliśmy znajomych, okazało się że wokół Ćennaju jest pustka. Turystyczna pustka.
Każda pinka to coś do zobaczenia. Jak widać główny ciężar turystycznych atrakcji znajduje się na północy Indii

Wielki pociągowy stres

Postanowiliśmy jak najszybciej stamtąd wyjechać na zachód, więc jeszcze przed przylotem spróbowaliśmy kupić bilety na pociąg. Wydawało nam się, że to będzie bułka z masłem, a jednak indyjski system rezerwacji biletów kolejowych co chwilę rzucał nam kolejne kłody pod nogi. Indyjskimi kolejami dziennie podróżuje około 20 milionów osób, więc nie będzie przesadą powiedzieć, że jest to dość oblegana i zatłoczona kolej. Do tego stopnia, że bilety rozchodzą się jak świeże bułeczki, gdy tylko są dostępne. My nie byliśmy na to przygotowani.
Tak wygląda indyjska kolej 
Po pierwsze, by zakupić bilet trzeba było się zarejestrować na internetowym serwisie, a weryfikacja konta miała zająć 3 dni. Większość przewodników w Internecie pisała o braku możliwości zrobienia tego bez indyjskiej karty kredytowej; na szczęście dla nas niedawno uległo to zmianie. Po drugie, można wyszukiwać tylko bezpośrednie pociągi, więc musieliśmy zgadywać skąd dokąd jechać, gdzie będą przesiadki i jak je zgrać w czasie (między Ćennajem a Mumbajem mieliśmy pięć pociągów i dwa autobusy dalekobieżne). Po trzecie i najważniejsze – miejsca w większości pociągów były już całkowicie wyprzedane. Na szczęście to jeszcze nic straconego, można zapisać się na listę oczekujących, których jest parę rodzajów i liczyć na łut szczęścia (przy zakupie podane jest nawet prawdopodobieństwo otrzymania biletu). A wszytko to na stronie jak z lat 90-tych, ładującej się powoli. Frustrację potęguje fakt, że po każdym przejściu należy wpisać kod potwierdzający, że nie jest się botem.
Ekran ładowania - najczęstsze co widzieliśmy na stronie indyjskiej kolei
Spowodowało to, że już przed przylotem byliśmy wycieńczeni tym krajem, przerażeni możliwością utknięcia w miejscu, gdzie nic nie ma i zmęczeni planowaniem. Już nigdy nie będziemy narzekali na PKP!

Pierwsze spotkanie z Indiami

Już wstępnie zmęczeni tym ogromnym krajem wylądowaliśmy, mając nadzieję, że Sri Lanka przygotowała nas na Indie. Nic bardziej mylnego. Od pierwszego postawienia stopy wiedzieliśmy, że wylądowaliśmy w innym świecie - wszytko było jeszcze mniej zorganizowane, brudniejsze i jeszcze trudniej było o jakąkolwiek informację.
Na ulicach walały się góry śmieci, wśród których boso biegały dzieci z poczochranymi włosami, a krowy wyjadały resztki jedzenia. Przy każdej ulicy biegł kanał, który również był wyładowany odpadkami i okropnie śmierdzącą, nienaturalnie szarą wodą, a wzdłuż kanałów, pod kocami lub bez, leżały sylwetki ludzi. Często byli w takim stanie, że zastanawialiśmy się, czy jeszcze żyją. Karaluchy i szczury biegały po podłogach przyulicznych „lokali gastronomicznych”. Wszystko te ciężkie dla nas wrażenia potęgowane były kakofonią klaksonów, których używa każdy kierowca, zdaję się, że bez jakiegokolwiek konkretnego powodu, po to tylko, by zaznaczyć swoją obecność na drodze. Niby tego się spodziewaliśmy, jednak na żywo nas to poraziło.
Za to na każdym kroku sprzedawano świeżo wyciskany sok z trzciny cukrowej 
Następnego dnia postanowiliśmy załatwić jak najszybciej kwestię wyjazdu z miasta. Przeczytaliśmy, że na niektóre trasy dostępne są specjalne bilety turystyczne, których nie można zamówić przez Internet, a także, że na 24/48/72 godziny przed odjazdem pociągu (znaleźliśmy trzy różne wersje tej samej informacji), uwalniana jest dodatkowa pula miejsc. Nas uratowały bilety turystyczne, możliwe do zakupienia w biurach zagranicznych turystów (Foreign Tourist Office). Zakup ich odbył się bez trudności - trzeba było mieć kserokopię paszportów, wiz, kwit z bankomatu o wypłacie pieniędzy i przygotowany numer pociągu, którym chce się jechać. W bardziej turystycznych regionach, takich jak Agra i Varanasi, niestety również ta pula wyczerpuje się bardzo szybko, jednak w mniej popularnych turystycznie rejonach bez problemu udało nam się z niej skorzystać. Dzięki temu z lekkim sercem mogliśmy zwiedzać Ćennaj. 
Pierwsze dni w Indiach, a nawet przed nimi były dla mnie bardzo stresujące, szczególnie ze względu na indyjską kolej. Możliwość utknięcia w turystycznej pustce, powodowała  u mnie ścisk żołądka. ~ Krzyś
Jeden z wymarzonych biletów


Slumsy

Drugi dzień w Indiach był dniem kryzysu Oli. Mimo że przygotowywaliśmy się psychicznie, czytaliśmy relacje, przewodniki i książki dotyczące tego kraju, to rzeczywistość zawsze uderza z niewyobrażalną siłą. Przejście przez miasto było bardzo intensywnym przeżyciem z powodu doboru trasy. Nieświadomie wybraliśmy drogę przez slumsy. Blaszane budy należały do luksusów, znaczna część domostw zbudowana była z plandeki, a  do naziemnych rynsztoków spuszczane było dosłownie wszytko - były wyładowane odpadkami i okropnie śmierdzącą, nienaturalnie szarą wodą.  Obok nich rodziny siedziały przy ogniskach, gotując obiady, podczas gdy kilka metrów dalej ktoś inny kąpał się w misce,  a jeszcze inny defekował. Pomiędzy tym wszystkim krowy z rogami pomalowanymi na niebiesko majestatycznie mlaskały, a psy biegały w poszukiwaniu odpadków. Możecie wyobrazić sobie zapachy.

Byłam sfrustrowana tym, że nie mogliśmy kupić karty SIM, bo sprzedawca co chwilę zmieniał zdanie, inny operator powiedział, że system rejestracji kart jest zamknięty przez tydzień, dlatego nie mogą nam jej sprzedać, a oprócz tego nie chciano wpuścić nas do świątyni ze względu na plecaki. Byliśmy przyzwyczajeni do uprzejmości w Iranie, Omanie i na Sri Lance, jednak Indie nas rozczarowały pod tym względem. Ze względu na to, gdy na targu powitał nas uśmiechnięty pan, wyciągając rękę do przywitania, podałam mu ją, przyzwyczajona do uprzejmości ludzi. Nie wiemy, o co chodziło panu, ale nie chciał wypuścić mojej dłoni z uścisku i próbował przyciągnąć do swojego stoiska. Wkurzona wyrwałam swoją rękę i poszłam dalej obiecując sobie, że nie przywitam się podaniem ręki już z żadnym mężczyzną w tym kraju. A był to dopiero początek! Dodatkowo, przed nami była pierwsza nocna jazda pociągiem… ~ Ola
Przeszliśmy przez slumsy, by dojść do stacji metra. Wyglądała ona jak opuszczony parking wielopoziomowy. Stacja była zaznaczona na mapie, jednak budynek bardziej przypominał dawny wrocławski szkieletor. Szary betonowy budynek, który mimo że nie został do końca ukończony, zdążył już być umazany grafitti, a pod schodami metra, w jego holu i korytarzach walały się stare, niepotrzebne nikomu graty. Metro wygląda jakby stworzono je dobre 50 lat temu i od tego czasu nic z nim nie robiono. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że metro zostało otwarte w 2015 roku i jest to trzecie największe metro w Indiach. Z naszych obserwacji mamy wrażenie, że cała indyjska infrastruktura, po tym jak zostanie zbudowana, nie jest już nigdy później remontowana. Efektem tego jest to, że wiele dróg zawalonych jest śmieciami i gruzem, a metro wygląda tak, że strach do niego wejść. Inna nasza obserwacją jest to, że jak już jest coś robione, to zawsze z minimalnym wkładem maszyn – ilość robót wykonywanych ręcznie, a także Hindusów pracujących przy budowach jest ogromna!
Przykład ilustrujący jak wyglądają ekstremalne przykłady
Metro w Ćennaju wyniesione jest w górę, ponad budynkami. Jego wagony, wyglądające na zaadaptowane wagony do transportu rzeczy, nie ludzi, mają wielkie okna, a drzwi nigdy nie są zamykane, dzięki czemu podczas przejażdżki mogliśmy obserwować całe miasto. Wrażenia z samego miasta podobne są do tych ze stacji metra. Pozytywne wrażenie zrobiła na nas pierwsza hinduska świątynia, którą widzieliśmy. Niestety, nie mogliśmy zwiedzić jej wspólnie, bo nigdzie nie udało nam się zostawić plecaków, a nie chciano nas z nimi wpuścić do środka. Drugą atrakcją była bazylika świętego Tomasza, zbudowana na grobie tegoż apostoła. Poza tymi dwoma budowlami, miasto niewiele więcej oferuje. Trzecia to ogromna i jednocześnie zaśmiecona plaża, widoczność z powodu smogu mocno ograniczona i ogromny wszechobecny hałas.
W drodze powrotnej wybraliśmy inną linię metra, aby uniknąć ponownego przejścia przez slumsy. Tam spotkała nas sytuacja odwrotna – budynek wyglądał na świeżo oddany, wszystko było dobrze oznaczone i bez problemu kupiliśmy bilet w nowoczesnym biletomacie. Dopiero po wejściu za bramki powiedziano nam, że ta linia… jeszcze nie działa!  Na szczęście jeden z panów z obsługi metra odprowadził nas na autobus, który miał podobną trasę.

Trudna relacja z pociągami

Przejazd z Ćennaju do Mumbaju miał zająć 25 godzin, więc postanowiliśmy rozbić to na parę odcinków i odwiedzić po drodze Hampi, ruiny XIV wiecznej stolicy państwa Widźajanagar, które w okresie swojej potęgi zajmowało około 1/3 subkontynentu. Wiązało się to z odbiciem z trasy o około 200 km oraz koniecznością przesiadek.  Ponadto, bilety na pociąg mieliśmy jedynie na dwa najdłuższe fragmenty podróży, a więc po drodze czekało nas jeszcze sporo stresu związanego z transportem. 
Dworzec w Ćennaj pełny był śpiących gdzie popadnie ludzi. Wydaje się nam, że powszechną praktyką wśród Hindusów jest to, że gdy mają pociąg nocny, następnego dnia lub choćby za dzień, wcześniejszy wieczór lub noc śpią na dworcu. Do zaśnięcia nie potrzebują zbyt wiele, kładą się jeden przy drugim na kocach. A by sen był spokojny i niczym nie zmącony, w publicznej poczekalni zatrudniony jest pan, którego zadaniem jest odganianie karaluchów (nigdy w życiu nie widzieliśmy ich tyle!). Swoją bosą stopą odkopywał je troszkę dalej. Syzyfowa praca, bo za chwilę wracały. Obejrzawszy to wszystko, zdecydowaliśmy się na płatną poczekalnię, w której było ciut czyściej.

W tym zawiniątku znajduje się człowiek

Pierwszy pociąg nocny przerósł nasze oczekiwania. W internecie czytaliśmy, że będzie głośno, brudno, tłoczno, a po podłodze biegać będą myszy. Okazało się to  w najmniejszym stopniu nie być prawdą. Każdy z pasażerów miał zapewnione indywidualną pryczę. Przypomina to naszą kuszetkę z tą różnicą, że „przedziały”, złożone z sześciu łóżek, są otwarte, a rzędem wzdłuż korytarza są dodatkowe łóżka, po dwa na każdy „przedział”. Podobne rozwiązanie widzieliśmy do tej pory w pociągach na Ukrainie. W miarę szybko wszyscy ułożyli się do snu i o dziwo, było całkiem cicho, aż do 8 rano, kiedy to współpasażerowie nas obudzili i uprzejmie poprosili abyśmy wstali, ponieważ oni chcą usiąść (my mieliśmy miejsce dolne oraz środkowe, które za dnia można zmienić w trzy miejsca siedzące). 
Poprosili? Uprzejmie? Raczej ordynarnie zaczęli nas budzić i wręcz wygonili. Usiadło ich po pięciu na trzy osobowym miejscu, plus kolejna trójka na miejscu na górze! W kulminacyjnym momencie było ich łącznie dwudziestu dwóch na 8 miejscach! ~ Ola
Zaraz po tym zaczęli przechodzić sprzedawcy z przekąskami oraz herbatą, która jest tu sprzedawana w kubeczkach wielkości naparstka. Można więc rzec, że nawet jest śniadanie na pokładzie! 
W wielkim termosie znajduje się gorące mleko z cukrem, którym zalewa torebkę herbaty
Drugi i trzeci pociąg było już tym, czego się początkowo spodziewaliśmy. Tym razem nie mieliśmy już miejscówki i jechaliśmy w najniższej klasie. Już na wejściu, w tłoku, próbowano ukraść nam karimatę, która na szczęście jest przypięta na parę troczków oraz przymocowana na stałe linką. Zanim wyruszyliśmy, mieliśmy ponad godzinne opóźnienie, choć była to jedna z pierwszych stacji. W czasie jazdy w naszym przedziale dziecko posikało się wprost na podłogę, a jego rodzice postanowili nie przejmować się sporą plamą moczu i poczekać aż sama wyschnie. Następnie Krzysiek został obłożony klątwą niepłodności za nieofiarowanie pieniędzy dla Hidźry*, czyli przedstawicieli trzeciej płci w Indiach. Żebrzą oni po pociągach, obwieszczając swoje nadejście klaskaniem. Wiara w ich moc jest na tyle spora, że każdy młody mężczyzna, bojąc się niepłodności, wpłacał im pieniądze. My zaryzykowaliśmy – czy słusznie, dowiemy się za parę lat.
W przeciągu naszych sześciu tygodni w Indiach byliśmy świadkami wielu oryginalnych i niezrozumiałych dla nas sytuacji w pociągach– czasem obrzydliwych, czasem męczących i jeżeli już zabawnych, to raczej wynikało to z naszej wewnętrznej rezygnacji. Trzeba zacząć od specyficznie rozumianego pojęcia czystości, którego efekty widać również na ulicach, restauracjach, hotelach, domach – jednym słowem: wszędzie. Naczelną zasadą byłoby „co na podłodze/części wspólnej, to się nie liczy”, choć ci bardziej restrykcyjni powiedzą „czego oczy nie widzą, temu sercu nie żal”. Dlatego gdziekolwiek byliśmy, niezależnie od statusu społecznego otaczających nas osób, wszystkie śmieci lądowały na podłodze bądź na ziemi. W pociągu objawiało się to tym, że po godzinie jazdy podłoga była usypana w pstrokate wzorki z resztek jedzenia, łupinek od orzechów, śliny, paznokci i kolorowych papierków - niczym obrazy Pollocka. Czasem bardziej „oświeceni”, w ramach sprzątania, wyrzucali śmieci przez okno. Czemu tak się dzieje? Mamy wrażenie, że wynika to między innymi z bardzo jasno określonych ról społecznie. Sprzątaniem zajmuje się najniższa kasta i robiąc to, zrównuje się z nimi. Dlatego nawet śmiano się z nas w głos, gdy po sobie sprzątaliśmy, a w restauracji, gdy rozlaliśmy sok i chcieliśmy wytrzeć, zostało nam to zabronione. W pociągu co jakiś czas przeczołga się człowiek bez nóg zamiatając wagon i licząc na datki. W domu też można rzucać na ziemię (widzieliśmy to, łącznie z wypluwaniem gumy do żucia na podłogę) – tu posprząta pani domu.
Nawet znaleźliśmy śmieci z Polski!
Pierwszymi i głównymi utylizatorami śmieci były zwierzęta
W pociągu widać też ciekawe podejście do higieny – sprzedawcy przekąsek i obiadów nakładają dania (często w formie papki) prosto z wiaderka, tymi samymi rękami, co przeliczają pieniądze i dotykają wszystkiego w pociągu. Pasażerowie zaś jedzą dania również nieumytymi rękami, a później wycierają je w gazetę. W pociągu widzieliśmy też jak rodzina wyjmowała sobie wszy z włosów, jak kobieta zeskrobywała naskórek ze stopy monetą, jak pasażerowie myli zęby witką jakieś rośliny. Za to piją wodę wlewając ją sobie z wysokości do ust, tak, by nie dotykając butelki - przecież to niehigieniczne! Niezależnie od tego czy jest to woda mineralna z butelki, publicznego kubka przy ulicznej fontannie czy wody z basenu. Kulminacją tutejszego podejścia do higieny było działanie kucharza, którego Krzyś przyuważył w restauracji. Wchodził on i wychodził z kabiny ubikacji w tych samych gumowych rękawiczkach, w których gotuje!
Talerze są metalowe, niezbyt często myte, za to obłożone świeżym liściem z bananowca
I oczywiście w pociągach jest głośno i tłocznie, choć trzeba przyznać, że jedynie za dnia. Jak słońce świeci, miejscówki tak jakby przestają obowiązywać, dlatego czasem ktoś (a częściej parę osób) siedziało na naszych miejscach. Tłumaczenie, że to nasze miejsca z reguły kończyły się udawaniem, że nie rozumieją bądź zdziwieniem i twierdzeniem „ale ja tu mam rzeczy!”. Jedynym sposobem było mówienie, że zaraz wezwie się policję bądź głośne, niezbyt eleganckie krzyczenie (może być po polsku). W stawaniu się zdecydowanym, aż niekulturalnym, pomagało zmęczenie, rezygnacja po dłuższej próbie polubownych negocjacji bądź męczące człowieka rozwolnienie, a co za tym idzie ogólne rozdrażnienie. Po kilku przejażdżkach pociągiem wiele z naszej kultury osobistej uleciało, robiąc miejsce sile do walki o swoje. Czy to dobrze czy źle, ciężko nam ocenić.
Po powyższym opisie pomyśleć by można, że nie lubiliśmy indyjskiej kolei, że jej unikaliśmy, że to dla nas zło wcielone. A było wręcz odwrotnie. Kolej była zdecydowanie najlepszym sposobem na podróżowanie po Indiach – dojeżdża wszędzie, jest tania i można poznać w niej ciekawe osoby. Nocne pociągi były w miarę komfortowe i gwarantowały spokojny sen przez całą noc. Kiedy tylko mogliśmy, wybieraliśmy kolej.
Krzyś pozuje jak francuska dziewczyna na indyjskiej pryczy
Trudnością, z którą zmagaliśmy się przez cały pobyt w Indiach było akceptowanie obrzydliwych, z naszego punktu widzenia, zachowań lokalnej ludności. Przestawienie optyki z naszego zachodniego oka nienawykłego do takich obrazów było trudne i nawet przy ostatnich przejazdach koleją nie zawsze udawało się nam nie oceniać współpasażerów i nie obrzydzać się tym, co robią.

Samotnie wśród ruin

Po trzech przesiadkach i prawie dwudziestu godzinach na trasie dojechaliśmy do naszego pierwszego celu, czyli Hampi. Jest to ogromny kompleks ruin wielkiego, półmilionowego miasta z XIV wieku. Łącznie ponad 1600 obiektów. Po całym kompleksie  można było swobodnie chodzić, zaglądając do każdej ruiny. Byłby one zachowane w różnym stopniu, cześć z nich była małymi świątyniami, inne wielkim budynkami. Większość z nich miała niesamowicie misterne rzeźbienia, całe ściany zbudowane były z tysięcy małych figurek! Najciekawszym zabytkiem był zachowany w całości kamienny wóz, używany w trakcie świąt i wożony po mieście w trakcie obchodów obrzędów religijnych (aktualnie używa się już drewnianych, za to dużo większych, nawet na kilka pięter). Cały kompleks zaś otoczony jest niezwykłym pustynnym krajobrazem. Nic dziwnego, że całość znajduje się na liście UNESCO. Niezwykle przyjemna była swoboda w zwiedzaniu oraz możliwość wejścia wszędzie. Dodatkowo, poza dwoma głównym świątyniami, praktycznie nie było turystów.


Ten powóz, mimo iż jest cały wykonany z kamienia, to się rusza!










Rozpuszczona małpka prezentami od turystów

Obowiązkowe selfie ze słoniem





Została nam nawet namalowana kropka na czole
W niedalekiej, jak na indyjskie standardy, odległości 150 km znajdował się kompleks bardzo dobrze zachowanych świątyń z VII wieku w Pattadakal. Znane są głównie z powodu fuzji stylów architektonicznych północnych i południowych Indii, co ukształtowało styl w jakim tworzone były  późniejsze miejsca kultu. Budowle te były zaskakująco duże, biorąc pod uwagę okres, z którego pochodzą. Było to też jedynie miejsce w Indiach, w których nie widzieliśmy śmieci!

Pierwsze miejsce w Indiach bez śmieci







Zwiedziliśmy również kompleks świątyń z VI wieku w Badami. Zostały one całkowicie wyrzeźbione  w skale, górując ponad wielkim, rozlewającym się poniżej rezerwuarem wodnym. Pomimo ciekawych widoków, miejscowość zapadła nam w pamięć przede wszystkim z powodu dzikich świń wolno chodzących po mieście. Spacerowały i, niczym większe szczury, jadły śmieci.




Patrzcie na rozmiar tych rzeźb!
Aby poruszać się pomiędzy miejscowościami, musieliśmy przemieścić się lokalnymi autobusami, co było o tyle utrudnione, że wszystkie napisy były w lokalnych językach oraz musieliśmy dopytywać się, gdzie można się przesiąść na kolejny autobus. Na dworcach zawsze panował chaos, a hinduskie metody radzenia sobie z nimi były oryginalne. Na przykład wjazd do dworca był zawalony gruzem, by tuk-tuki nie mogły wjeżdżać na jego teren. Nie przeszkadzało to za to świniom, które wchodziły wszędzie, żerując w poszukiwaniu jedzenia oraz małpom wskakującym do autobusów i siejącym w nich jeszcze większe zamieszanie.

Cała trasa między Ćenajem a Mumbajem wyglądała następująco: Ćennaj  -> Guntakal -> Ballari -> Hosapte -> Hampi -> Hosapte -> Ilakal -> Badami -> Pattadakal -> Badami -> Bagalkot -> Solapur -> Mumbai. 
Jednak planowanie na kartce jest niezastąpione



Innymi słowy – byliśmy wykończeni! 



* Hidźra – wg Wikipedii: Hidźrą zostają osoby urodzone biologicznie jako mężczyźni, ale nie utożsamiające się kulturowo lub psychicznie z płcią męską, z męskimi rolami w społeczeństwie lub utożsamiający się psychicznie z płcią żeńską; transseksualistki; obojnacy; osoby urodzone z narządami obojga płci lub o płci nieokreślonej; mężczyźni wykastrowani z jakiegoś powodu. Na poziomie języka mówią o sobie zwykle w rodzaju żeńskim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Karabon voyage , Blogger