piątek, 12 kwietnia 2019

Indie: Mumbaj, Palitana i Ahmedabad, czyli trzy twarze Indii

Trzy miasta, trzy zupełnie różne przeżycia. Mumbaj jawi nam się jako bardzo zachodnie miasto, Palitana jako ośrodek duchowy, a Ahmedabad jako… siedlisko karaluchów. Każde z miast warte zobaczenia, w każdym też poznaliśmy ciekawe osoby. Pomogły nam one rozjaśnić niektóre z niezrozumiałych dla nas fenomenów hinduskiej kultury, na które napotykaliśmy się na  każdym rogu.


Zwyczaje i przesądy

Nasi gospodarze w Mumbaju byli zdecydowanie niereprezentatywni dla indyjskiej populacji. Przekonania o tym nabraliśmy być może dlatego, że Shuba jest krytyczką bollywoodzkich produkcji, scenopisarką oraz redaktorką w gazecie. Może też dlatego, że mieli dwuosobową pomoc domową, a może z powodu niezłego auta. Przedstawiali więc nam swój kraj oraz jego problemy okiem reprezentanta klasy wyższej. Stąd też usłyszeliśmy o śmierci systemu kastowego, optymalizacji podatkowej. Szybko wyszła jednak nieznajomość realiów życia zwykłych ludzi - na przykład wtedy, gdy ze zdziwieniem odkryli, że bilety pociągowe w niższych klasach są subsydiowane przez państwo.  Widać nigdy takim pociągiem nie jechali – ta informacja zawarta jest bowiem na każdym bilecie. Mimo tego wszystkiego Shuba żywo przestrzegała wierzeń i tradycji, o których nam opowiedziała.
Oprócz tego miała najmniej posłusznego psa świata! Wszędzie sikał, skakał, zjadał ze stołu, ale i tak zaprzyjaźnił się z Olą!
Na każdym kroku mieście widać było budki z rożnej maści wróżbitami. Shuba proponowała nam wizytę u astrologia na wróżenie z ręki, reklamując to jako naukę. Przystaliśmy na to ochoczo, lecz niestety koniec końców nie udało się nam tam dotrzeć. Jeżeli zaś chodzi o inne zwyczaje z gatunku „magicznych”, to koniecznym jest zabranie nowo narodzonego dziecka do astrologia, który stworzy horoskop na całe życie. Te przepowiednie będą nie tylko istotne jako wskazówki użyteczne w codziennym życiu, ale będą również kluczowe przy wyborze małżonka – rodzice szukając partnera dla swojego dziecka, po odfiltrowaniu osób z innych kast oraz religii i wyborze odpowiedniej partii, będą porównywać horoskopy. Jeżeli te się zazębiają, to ślub dostaje zielone światło.

A jak wygląda taki ślub w Indiach? Wybór partnera to dopiero początek! Następnie długie przygotowania i cała seria wielkich imprez. To nie to co u nas! Nawet nasze wielkie góralskie wesela wydają się przy hinduskich małą prywatką. Tysiąc gości to minimum i to, że wesele musi być wielkie, jest stałe dla całych Indii. Reszta zwyczajów w dużej mierze zależy od regionu. W Kalkucie, z której pochodzi mąż Shuby i gdzie brała ślub, cały proces składał się z trzech imprez: zapoznawczej imprezy zaręczynowej, wspólnego malowania dłoni henną (tylko dla kobiet) oraz ceremonii  zaślubin. Dwie pierwsze były w kameralnym gronie 300 osób, ostatnia około 1000.
Z naszych późniejszych rozmów z innymi wynikało, że aranżowane małżeństwa są popularne i wszyscy je chwalą. Założenie jest takie, iż rodzice chcą jak najlepiej dla dziecka, więc wybierają jak najlepszą partię. Mają także więcej doświadczenia życiowego i mądrości, więc ich wybór jest pewniejszy. A jak się nie zgraja? Nie ma takiej opcji - nie ma takiego konfliktu, którego nie da się rozwiązać rozmową i dobrą wolą. Podejście do małżeństwa jest tu więc zupełnie inne, zachęcające do stałej pracy nad związkiem. W naszej romantycznej kulturze często dominuje przekonanie, że miłość wystarczy i w zasadzie nic więcej nie trzeba robić.  Do tego ciekawym jest, ze względu na to, że państwo młodzi znają się bardzo mało lub wcale, po ślubie mają ekscytujący czas pełen randkowania, poznawania się i zupełnie nowych przeżyć, podczas gdy w Polsce w przypadku większości par nic się nie zmienia. Zauważcie też jaka to oszczędność czasu w młodości, który, jak mówią, mogą poświęcić na rozwój kariery!
Pan zachwycony swoją aranżowaną żoną

Ślady kolonializmu

Poza możliwością rozmowy z lokalnymi mieszkańcami, Mumbaj podobał nam się architektonicznie. Pełno w nim było przepięknych kolonialnych budynków. Stojąc pod bramą Indii, łukiem triumfalnym zbudowanym na cześć wizyty króla i królowej Wielkiej Brytanii w tym mieście, pod którym  niewiele ponad sto lat później ostatnie Brytyjskie wojska opuszczały Indie, bardzo nas zaciekawiło jakie podejście do okresu kolonizacji mają Indusi [1]. My uważamy, że okres ten spowodował ogromne zacofanie (spadek z 25% PKB światowego do 5%) [2] i niewolniczy wyzysk lokalnej ludności przez długie lata. To, co otrzymali w zamian to zjednoczenie kraju i infrastruktura, przede wszystkim kolejowa. Krzyś ma zdanie (jak zwykle radykalne), że Wielka Brytania to kraj, który wyrządził najwięcej złego w historii świata, a przynajmniej jest w czołówce, a Brytyjczycy umywają od tego ręce i jeżeli nawet to sobie uświadamiają, to zachowują się jak w tym memie [3]. Shuba nie chciała zająć jednoznacznego stanowiska. Po jej wypowiedziach widać było, że to trudna sprawa. Z jednej strony Brytyjczycy grabili kraj, z drugiej w wyniku ich działań kraj się zjednoczył, wprowadzili kolej, a język angielski stał się powszechny (obecnie 13% hindusów się nim posługuje).
Gate of India

Gdy chcieliśmy zrobić sobie selfie, zaraz uruchomiło to lawinę i kolejne 20 minut  poświęciliśmy na pozowanie do zdjęć
Legenda głosi, że gdy Tata (twórca Tata Company) nie został wpuszczony do hotelu, który zarezerwowany był jedynie dla białych, tak się zdenerwował, iż postanowił wybudować najpiękniejszy hotel pod całą Koroną Brytyjską. Tak powstał Taj Mahal Palace, czyli ten pięciogwiazdkowy hotel.




Całe Indie obleczone są w motywujące i moralizujące napisy. Ciekawe czy ten sposób walki ze złymi nawykami będzie skuteczny?

Safety first - rusztowanie z bambusa
Może nie wygląda, ale to najlepsze ciasto, jakie Ola jadła w życiu
Nasi gospodarze zabrali nas również do ekskluzywnej restauracji, w której podawane było tradycyjne thali, czyli ryż lub roti z wieloma różnorodnymi dodatkami. Niestety w Oli porcji "zapodział" się karaluch... w drogiej i wykwintnej restauracji.
Oprócz pięknych budynków w Mumbaju, wszędzie na niebie latały wielkie kanie! Stadnie! Szczególnie dużo było ich na Elefancie, czyli wyspie oddalonej o godzinę rejsu od Mumbaju, na której znajdują się wykute w skale świątynie z VIII-IX wieku. Wrażenie w nich robił ich rozmach - kiedy w Polsce... Hmm, szukaliśmy w głowach jakiegokolwiek budynku w Polsce z tego okresu do porównania, ale nic nie znaleźliśmy. Niemniej jednak, nie tylko rozmiar grot, ich dokładności i gładkość ścian były godne podziwu. Znajdowały się tu także wielkie rzeźby, których nie powstydziłby się Michał Anioł! A i tak na Oli największe wrażenie zrobiły małe pieski swobodnie chodzące po zabytku.



Kanie, wszędzie w Mumbaju latają kanie!
Małe pieski - to, co Ola lubi najbardziej

Najpiękniejsze budynki sakralne jakie widzieliśmy

Podczas gdy Mumbaj okazał się być nowoczesną, dynamicznie rozwijającą się metropolią, bliskie mu okolice są rolniczymi regionami o niskim poziomie rozwoju i małej liczbie turystów, zwłaszcza zachodnich. Podczas zwiedzania kilku wybranych miejsc w Gujarati nie widzieliśmy ani jednego zachodniego turysty, dlatego też byliśmy ogromną atrakcją i zagadką dla Hindusów. Wielokrotnie dziwiono się, że nie mówimy w Hindi, bo przecież – to międzynarodowy język (tu warto nadmienić, że jedynie 54% hindusów się nim posługuje). Ze względu na ogromną liczbę języków w Indiach, nie rozumiano też, że w Polsce mamy jeden język, którego używają wszyscy.
Każdego dnia byliśmy zaskakiwani coraz bardziej. Zaczęło się od robienia zdjęć z nami. Czasami pytano nas o zgodę, jednak często zdarzało się, że ktoś zrobił sobie selfie przyczajony obok nas, a czasem nawet bezceremonialnie podchodził i od razu robił sobie zdjęcie. Byli też tacy, którzy stawali 1,5 metra przed nami, żeby natrętnie obserwować, co robimy i przez długie minuty patrzyli, jak siedzimy, na przykład czekając na pociąg. Czasem tworzyły się wielkie, nawet 30 osobowe grupy takich obserwatorów!
Raz jedna pani z takiego zbiegowiska była oburzona, że Ola odłożyła telefon na bok, gdy ona przypatrywała się jak ta przegląda na komórce Facebooka. Czasem zdjęcia z Hindusami trwały nawet do kilkunastu minut, szczególnie kiedy podchodziła męska grupa i każdy musiał mieć osobne zdjęcie z naszą dwójką i osobne zdjęcie z samą Olą, każde w paru ujęciach i w różnych konfiguracjach. Dzięki takiemu zainteresowaniu czuliśmy się jak prawdziwe gwiazdy,  jednak w wielu przypadkach było to mocno męczące i frustrujące.
To spotkanie akurat było przyjemne, ale zdecydowanie czuliśmy się jak gwiazdy. O tym jeszcze przeczytacie.
Palitana to mała wioska w północno-zachodniej części Indii, która słynie z kompleksu świątyń dżainizmu. Dowiedzieliśmy się o niej przez przypadek, przeglądając Instagram. Coś podpowiadało nam, że warto tam pojechać. Gdy tylko opuściliśmy nasz autobus, jak zwykle zostaliśmy otoczeni przez przekrzykujących się kierowców rikszy, z którego ostatecznie któregoś wybraliśmy. Wskazaliśmy mu na mapie miejsce, do którego chcieliśmy dojechać oraz nazwę świątyni, jednak poinformował nas, że wejście do kompleksu nie znajduje się w miejscu, które wskazaliśmy (3 kilometry od dworca), tylko po drugiej stronie góry (kilkanaście kilometrów od dworca). Ufając wieloletniej praktyce kierowcy tuk tuka, zgodziliśmy się pojechać na wskazane przez niego miejsce, wierząc, że wie co robi. W połowie drogi kierowca spytał nas czy jedzie w dobrym kierunku i wtedy już wiedzieliśmy, że popełniliśmy błąd. Po małych perypetiach dowiózł nas do podnóży góry, na której znajdowały się świątynie i poprosił o dwukrotność ustalonej przez nas pierwotnie ceny, kłamiąc prosto w twarz, że przecież tak się umawialiśmy. Do tego zaraz przybiegł kolejny hindus ze sklepu obok, stając po stronie kierowcy tuk tuka i mocno angażując się w dyskusję. Zrezygnowani zgodziliśmy się i z myślą, że daliśmy się podwójnie oszukać, zaczęliśmy zmierzać w kierunku szczytu. Gdy doszliśmy do głównej trasy, ujrzeliśmy schody, a właściwie tysiące schodów prowadzących ciągle w górę i już wiedzieliśmy, że nie będzie to krótki i miły spacer. Dwu kilometrowa trasa w słońcu po stromych schodach nie była niczym przyjemnym, dlatego byliśmy bardzo szczęśliwi, gdy w końcu dotarliśmy na szczyt. Jak się spodziewaliśmy, weszliśmy do całego kompleksu świątyń od mniej popularnej strony, którą praktycznie nikt nie chodzi.
Tysiące stopni w czterdziestostopniowym upale, bez grama cienia.
Na kompleks świątynny w Palitanie składa się kilkanaście głównych świątyń, otoczonych wieloma mniejszymi. Weszliśmy od razu do jednego z kompleksów znajdujących się tuż przy niepopularnej części, a naszym oczom ukazały się setki piaskowo-białych kopuł ozdobionych rzeźbami słoni, bogów, wojowników, małp. Mnogość doznań wizualnych było oszałamiająca, a wszystko to potęgowała głucha cisza, czasami tylko przerywana cichym śpiewem zielonych papug zamieszkujących świątynie. Obfotografowaliśmy wszystko co się dało i ruszyliśmy do kolejnego, najbardziej turystycznego kompleksu, gdzie więcej niż świątyń było zakazów fotografowania… Okazało się, że wszelkie informacje o nakazach i zakazach oraz kasa biletowa znajdowały się przy głównym, turystycznym wejściu do świątyń, więc nie byliśmy w stanie ich zobaczyć.



Spójrzcie na tę dokładność!
A rzeźb są tysiące, jak nie miliony.
Świątynie udekorowane są od ziemi do dachu.
Na domiar tego, na wzgórzu świątyń była niezliczona ilość.
Kompleks świątyń w Palitanie zrobił na nas ogromne wrażenie i były to jedne z najpiękniejszych budowli sakralnych, jakie widzieliśmy w życiu. Jako drogę powrotną obraliśmy turystyczną, główną trasę, również składającą się jedynie ze schodów, dłuższą, jednak znacznie łagodniejszą. Była to czterokilometrowa droga po schodach w dół. Przy ostatnich stopniach nasze nogi dosłownie się trzęsły. Szczęśliwi, że to już koniec, wskoczyliśmy do tuk tuka, który odwiózł nas na dworzec. Jak to często bywa w Indiach i jest dla nas mocno niezrozumiałe – kierowca nie miał wydać reszty z banknotu o równowartości 10 zł. Wiedzieliśmy, że problemy są z wydawaniem reszty z banknotu 500 rupii (~25 zł), dlatego zawsze staraliśmy się je opchnąć w pierwszej kolejności i posługiwać się pieniędzmi o niższym nominale. Ze względu na problemy z resztą, każda wypłata z bankomatu powodowała problem logistyczny, bo maszyny te wydają najczęściej pieniądze w nominale 2000 rupii (~100 zł). Zaskoczyło nas jeszcze to, że kierowca kazał nam rozwiązać problem, zamiast samemu próbować rozmienić gotówkę w pobliskich sklepach – ot, taki przykład hinduskiej obsługi klienta. Ostatecznie poradziliśmy sobie z tym zadaniem, jednak całość zwiedzania, spacerów i użerania się z taksówkarzami zajęła nam sporo czasu. W popłochu wpadliśmy do informacji dla pasażerów na dworcu autobusowym, żeby dowiedzieć się, kiedy mamy kolejny autobus do Bhavnagar, z którego zrobiliśmy bazę wypadową. Kierowca wskazał nam autobus, który właśnie odjeżdżał z peronu z kilkoma małpami na dachu i zakrzyknął przez mikrofon, żeby zatrzymać pojazd i nie pozwolić mu odjechać bez europejskich pasażerów. Po kilku nieusłyszanych komunikatach autobus nareszcie się zatrzymał, a gdy do niego wbiegliśmy i kupiliśmy bilet, pani bileterka oznajmiła: „One selfie for me!”.


Czy zawsze opłaca się wybierać najtańszy hotel?

Ahmedabad jest jednym z największych miast w Indiach, poza kilkoma ładnymi świątyniami oferuje niewiele atrakcji turystycznych, jednak jest miejscem przesiadkowym w drodze między Mumbajem a Jaipurem. Ze względu na to, że wybieramy zazwyczaj noclegi z najniższej półki cenowej, hotel, w którym się zatrzymaliśmy, sąsiadował ze slumsami. W całych Indiach widzieliśmy mnóstwo ludzi żyjących na ulicach, co wynika z ogromnej biedy, rozwarstwienia społecznego, systemu kastowego oraz ogólnie ogromnej liczby ludzi w kraju. Najubożsi śpią na chodnikach, często nie posiadając nic oprócz koca. Standardowym widokiem są tutaj dzieci biegające na boso po ulicy, z rozczochranymi, brudnymi i poklejonymi niczym dredy włosami, w czarnych od brudu, podartych ubraniach, żebrzące i szarpiące nas, gdy przechodzimy ulicami. Jest to niesamowicie trudne i frustrujące doświadczenie. W Polsce przyjęte jest nie dawać pieniędzy na ulicy, ponieważ powoduje to cementowanie takiego stanu rzeczy, a potrzebujący mają dostarczoną pomoc instytucjonalną (a przynajmniej takie jest założenie). Tu jednak pomocy takowej nie ma, a z powodu kastowości oraz niepełnosprawności często jest to dla nich jedyna szansa. Mimo to wielokrotnie widzieliśmy dających pieniądze na ulicy, jednak gdy tylko dało się jakąś kwotę, choćby symboliczną, natychmiast pojawiał się atakujący rój innych osób, który zwietrzył łatwą zdobycz.
Starając się zgłębić temat, dowiadywaliśmy się, że choć oficjalnie system kastowy nie istnieje i rząd stara się znieść nierówności, de facto jest on nadal bardzo żywy. Osoby urodzone w kaście niedotykalnych, czyli tej najniższej, dla której zarezerwowane są prace „brudne” (dotykanie zmarłych, sprzątanie itd.) nie mogą się z niej wydostać, a co więcej - nie są w stanie poprawić losu swoim potomkom, ze względu na to, że mogą zostać zatrudnieni tylko w bardzo nisko płatnych zawodach, jeżeli w ogóle uda im się znaleźć pracę. Na domiar złego są dyskryminowane i często nie przestrzegane są ich prawa. Biorąc to wszystko pod uwagę, dużo trudniej było nam nie pomagać, choćby symbolicznie. Widzieliśmy równocześnie niestety, że niektórzy chcą na tym zarobić pieniądze, organizując wycieczki „po największej dzielnicy biedy na świecie”.
Nasz hotel okazał się być tak tani nie tylko ze względu na swoją lokalizację, standard wielkości lub umeblowania pokoju, ale także na zapewnienie atrakcji takich jak inwazja karaluchów o zachodzie słońca. Nie byłoby to dla nas jakimś nowym doświadczeniem, bo często widywaliśmy już je (wraz ze szczurami) w restauracjach, dworcach i na ulicach, jednak tym razem były ich dziesiątki. Wychodziły ze szpar między podłogą a ścianą, spod łóżka i szafek. Najgorsze było to, że chodziły nawet po ścianach! Dodatkowo o północy usłyszeliśmy głośną muzykę – wydawało się, że ktoś zrobił grubą imprezę w pokoju obok. Ostatecznie okazało się, że był to hinduski ślub. Ze względu na silną wiarę w astrologię hinduska para otrzymuje od wróżbity dokładną godzinę zaślubin – może być to nawet środek nocy! Tak też było w tym przypadku. A że świętowanie zaślubin w Indiach jest huczne i długie, to po pannę młodą wyrusza parada gości rozpoczynających wesele już na ulicy. Możecie sobie wyobrazić ile czasu z tej nocy udało się nam przespać.




Mały karaluszek nad lampką nocną
Najbezpieczniejsze danie na problemy gastryczne. Dziwnym trafem u Oli zaczęły się w Ahmedbadzie. Zwrócicie również uwagę, że w Indiach można zamówić ryż w maku!

[1] Shuba bardzo zwracała nam uwagę, że słowo Hindus ogranicza się do jedynie wierzących w hinduizm, podczas gdy Indus, oznacza wszelkich mieszkańców Indii. Ma to szczególne znaczenie, gdy rządzi partia, która jest silnie nacjonalistyczna i dyskryminująca obywateli o innych wyznaniach
[2] https://en.wikipedia.org/wiki/Economy_of_India_under_the_British_Raj
[3] https://9gag.com/gag/a2Z8wvZ



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Karabon voyage , Blogger