czwartek, 27 grudnia 2018

Azerbejdżan autostopem – historia 275 wypitych herbat

Czyli o tym jak wypiliśmy 275 herbat w ciągu 10 dni, jechaliśmy radiowozem, umoczyliśmy się w wulkanach błotnych i poznaliśmy poligamistę.

Drugim krajem na naszej drodze był Azerbejdżan – kraj znany jedynie z ropy naftowej. Przez stulecia swojej historii zdarzyło mu się rządzić całą Persją jak i nie istnieć na mapie. Jak nas przywitał? O tym przekonacie się już zaraz.


Za każdym razem, gdy przekraczamy granicę zadziwia nas jak bardzo miejsca oddalone o parę metrów mogą się od siebie różnić. Tak też było tym razem, po przekroczeniu granicy gruzińsko-azerskiej. Zamiast starej, dziurawej drogi, dziesiątek osób, wszechobecnego handlu i ogólnej wrzawy - świeżo wyremontowany asfalt i brak żywej duszy. Przeszliśmy kawałek tą nowiutką drogą, rzuciliśmy plecaki obok popasającej krowy i czekaliśmy na podwózkę w rytmie krowich mlasków. 

To stało się już chyba tradycją, że na pierwszego stopa zabiera nas oficjel i częstuje obiadem. W Azerbejdżanie powitał nas pan policjant, który wracał akurat do swojego miasta z przejścia granicznego. Zaprosił nas na obiad w lokalnym barze, jednak jako że nie mieli nic wegetariańskiego, Ola musiała zadowolić się suchym makaronem spaghetti z ketchupem, gdy Krzyś z Maćkiem zajadali się gęstą zupą oraz azerskimi khinkali.

Już w pierwszym mieście zauważyliśmy wielką różnicę w urbanistyce - płoty! Wszędzie płoty, długie, wysokie i nieprzeniknione! W równym szeregu wzdłuż drogi, tylko gdzieniegdzie przerwane pozamykanymi bramami. Krzyś jest wielkim przeciwnikiem płotów i, gdyby mógł, zakazałby ich swoim pierwszym dekretem.


Azerska gościnność, herbata i stopowanie

Oprócz płotów na każdym kroku towarzyszyły nam herbata i czajownie. Są to miejsca, w których, głównie wieczorami, spotykają się mężczyźni i popijając herbatę rozmawiają oraz grają w backgammona czy karty. Istnieją dwa rodzaje czajowni – cay evi i cay hana. Ta pierwsza jest dla mężczyzn i kobiet, natomiast do drugiej z nich wstęp mają jedynie mężczyźni. W praktyce jednak zarówno w jednych, jak i w drugich długie godziny urzędują jedynie mężczyźni. Miejsca te są postrzegane jako bardzo męskie, co dla nas jest bardzo obce - picie herbaty i granie w domino nie bardzo nam się z męskością kojarzy. Mężczyźni spędzają tutaj większość dnia po pracy, wracając do domu jedynie na jedzenie i spanie. Model rodziny jest więc zupełnie inny. Małżeństwa nie spędzają tyle czasu ze sobą, co na zachodzie, jest jasny podział ról i obowiązków. U nas małżonkowie często są również najlepszymi przyjaciółmi, dzielą się zadaniami po równo i starają się ze sobą spędzić jak najwięcej czasu, dlatego trudno było nam to zrozumieć.
Azerbejdżan nie jest krajem przesiąkniętym tak mocno kapitalizmem, jak Polska. Często ważniejszymi niż pieniądz są inne wartości, takie jak bliskość, towarzyskość, bezinteresowna pomoc, chęć poznania. Zdarzyło nam się siedzieć w tradycyjnej czajowni przez dwie godziny, wypić po 6 herbat i zapłacić za to 1 AZN (2,5 PLN). Z punktu widzenia ekonomicznego, biznes ten zupełnie się nie spinał. Serwowano tam jedynie herbatę, a i tak czekało się na nią 10 minut. Nikt się nie spieszył, nikt nikogo nie popędzał, nikt też co chwile nie proponował Ci kolejnej szklanki. Mamy wrażenie, że czajownie to miejsca spotkań; ich właścicielowi nie zależy na zarobku, a więzach społecznych. Innych przykładów podobnych zachowań było pełno. Co chwilę ktoś nas gdzieś zapraszał i częstował. Gdy raz zapytaliśmy ile kosztuje baklawa, pan dał nam całe jej opakowanie za darmo, a gdy następnego dnia wróciliśmy powiedzieć, że nam bardzo smakowało, dał nam kolejne słodycze. Podobnie zdarzało się z innymi dobrami, takimi jak chleb i owoce. 
Jak na autorytarny kraj przystało, portrety przywódcy i jego poprzednika są na każdym kroku. W każdym urzędzie, przy głównych drogach i wielu sklepach. Haydier Aliev rządził w Azerbejdżanie już za czasów komunistycznych (w 1982 został pierwszym sekretarzem), aż do 2003, kiedy tuż przed śmiercią przekazał władze swojemu synowi. Mówiono nam, iż w okresie tworzenia się niepodległego kraju, był on jedynym, który miał doświadczenie oraz że uratował kraj przed dezintegracją i tak naprawdę zawsze był prawdziwym patriotą, jedynie z komunistyczną maską. Proces dekomunizacji w ogóle tutaj nie nastąpił. Również na wsiach spotkaliśmy pozostałości po czasach w Polsce słusznie minionych. Czasem pomnik, gdzieniegdzie portret Stalina, okazjonalnie czerwone gwiazdy.
Teoretycznie Azerbejdżan jest demokracją, jednak wybory nie są rzetelne. Władza stara się uchodzić za demokratyczną, jest członkiem Rady Europy. Ludzie wydają się z władzy zadowoleni, ciesząc się z często organizowanych igrzysk (w 2015 Igrzyska Europejskie, w 2017 Igrzyska Solidarności Islamskiej). Może też być tak, że nie mówią o swoim niezadowoleniu otwarcie. 

Łapanie stopa w Azerbejdżanie jest o tyle charakterystyczne, że nie istnieje tutaj takie pojęcie. Popularne są podróże za opłatą i Azerowie bardzo chętnie się zatrzymują (były godziny kiedy zatrzymywali się średnio raz na 2 minuty). Gdy próbowaliśmy wytłumaczyć, iż staramy się podróżować bez płacenia za transport, było to tak samo dziwne jak to, że można rzucić dobrą pracę, bądź nie jeść mięsa. Standardową rozmową było: „My som w putiszestwie avtostopom” – „Autostop? Szto eta? Wy chatitie autobus?”. Mimo wielkich starań nie zawsze udało się to wytłumaczyć. 


Autostopem przez miasta Azerbejdżanu

Azerbejdżan zwiedzaliśmy od zachodu na wschód, skupiając się głównie na północnej części. Zaczęliśmy od Gax, z jedną ładnie wyremontowaną ulicą i okolicznej górskiej wioski Ilisu, którą, jeżeli warto zobaczyć, to jedynie dla widoku gór. 



Sheki opisywano jako najładniejsze miasto Azerbejdżanu. Niestety nie podzieliliśmy tego zdania. Jedyne, co nam się tak naprawdę spodobało, to pałace khana i pobliska manufaktura witraży, która działa nieprzerwanie od czasów wspomnianego władcy. Wiedza o tym rzemiośle jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Właściciel oprowadził nas po warsztacie, zaprezentował sposób wykonywania dzieł oraz pokazał swoich przodków prowadzących tę pracownię.

Gdy przeczytaliśmy w przewodniku o parku rozrywki, który był na naszej drodze, od razu wiedzieliśmy, że chcemy tam jechać. Wymarzyliśmy sobie rollercoastery, adrenalinę i kupę śmiechu i… tak, ustalmy że tak właśnie było. Tak na pewno będziemy o tym opowiadać. Gdy ktoś będzie mówić o Mirabilandii, Disneylandzie, Energylandii, my opowiemy o Gabaland – postradzieckim wesołym miasteczku w Azerbejdżanie. To miejsce jest idealnym przykładem radzieckich ambicji – park jest monumentalny, solidnie nadgryziony zębem czasu i znajduje się w nim dużo atrakcji, z których jedynie 1/3 działa, a większość z nich jest przeznaczona dla dzieci do lat ośmiu.




W drodze do Baku mieliśmy okazję spać na trawniku obok czajowni. To miejsce polecił nam pan, z którym tego dnia jechaliśmy. Wieczorem, gdy już szliśmy spać, nasz kierowca przyszedł do czajowni i zaprosił nas na wódkę. Wtedy też dowiedzieliśmy się czemu wszystkie lokale mają małe pokoiki na jeden stolik. Ma to dawać prywatność w czasie jedzenia, ponieważ Azerowie nie lubią, gdy ktoś patrzy na nich w trakcie spożywania. Z ciekawostek, zamiast ogórkami, mocną morelową wódkę zagryzali posolonymi cząstkami gruszki.


Baku – miasto trzech okresów świetności 


Baku, jeżeli chodzi o miasta, spodobało nam się najbardziej z całego Azerbejdżanu, dlatego spędziliśmy tam kilka dni. Mieliśmy okazję spać na CouchSurfingu u wspaniałej rodziny, która serdecznie nas ugościła i opowiedziała bardzo dużo o Azerbejdżanie, tradycjach i życiu w tym kraju.

W Baku poszliśmy do Muzeum Historii Azerbejdżanu oraz na free walking tour, dzięki któremu dowiedzieliśmy się m.in. o tym, że kilka ważnych budynków w Baku zaprojektowali polscy architekci. Oprócz tego dużo spacerowaliśmy po mieście i spotkaliśmy się z koleżankami poznanymi przez CS – okazało się, że zupełnie inne zasady obowiązują w azerskich domach - mimo że miały po dwadzieścia lat, musiały wracać do domu o 20. Nie mogły też się spotkać w pojedynkę z mężczyzną. Okazało się także, że za granicą mogą jeździć tylko z rodziną. 

Największe wrażenie w azerskiej stolicy zrobił na nas budynek Haydier Aliev Cultural Centre zaprojektowany przez Zahę Hadid. To prawdziwy raj dla fotografa! 
Podziwiając architekturę tegoż budynku, warto pamiętać, że jego budowa wiązała się z przymusowymi przesiedleniami i wyburzeniem domów mieszkalnych tysięcy ludzi. 
Oprócz tego cudu architektury, urbanistyka tego miasta odzwierciedla stadia jego rozwoju. Stare XII-to wieczne miasto otoczone jest XIX-to wiecznymi kamienicami z czasów pierwszego bumu naftowego, a wokół wznoszą się współczesne wieżowce (w 2003 roku Azerbejdżanu otworzył swój rurociąg do Turcji i od tego czasu gospodarka kraju znacznie się podniosła). Wszędzie widać nowe wielkie budowle oraz rozpoczęte budowy. Bloki, nawet na obrzeżach miasta, mają kilkanaście pięter. Mimo populacji zbliżonej do Warszawy, Baku zajmuje 1/3 jej powierzchni. Odbija to sobie pnąc się w górę.







Wulkany błotne, czyli najlepsza atrakcja Azerbejdżanu

Dzień wyjazdu z Baku był dniem pełnym przygód, choć plan nie wydawał się oszałamiający. Mieliśmy nadzieję zobaczyć wulkany błotne (na całym świecie jest ich 1100 z czego około 400 w Azerbejdżanie). Postanowiliśmy zrobić 5 kilometrowy pieszy trekking do wulkanów, pozostawiając uprzednio nasze ciężkie plecaki na pobliskiej stacji benzynowej. W czasie spaceru przechodziliśmy przez wieś, w której nie było żywego ducha. Cała była zbudowana z żółtego kamienia i wysokich murów; porzucone budowy, przeplatały się z pustostanami - klimat jak z postapokaliptycznego filmu. Nagle zza muru wyskoczyła gromada chłopców, którzy serdecznie nas witali i gdy zobaczyli atrybut podróżnika – aparat, bardzo chcieli zrobić sobie z nami zdjęcie. Gdy sfotografowaliśmy się z nimi i porozmawialiśmy kto jest lepszy – Ronaldo czy Messi, nagle zaczęli mówić „give me money” i nas szarpać. Kiedy od nich odeszliśmy, zaczęli rzucać w nas kamieniami i krzyczeć „fuck you”. Było dość nieciekawie, ponieważ niektóre kamienie miały wielkość pięści, jednak z opresji wybawili nas dorośli, którzy nakrzyczeli na dzieci, a te rozpierzchły się dając nam spokój. 
Wulkany okazały się być niezwykłą atrakcją! Spędziliśmy tam dobre 1,5 godziny robiąc zdjęcia, obserwując bulgoczące błoto, a także się nim smarując i bawiąc. „Erupcje” wulkanów następowały w nieprzewidywalnych interwałach i różnorodną siłą, czasem zaś znikąd powstawały nowe kratery. Gdy Ola robiła zdjęcia próbując uchwycić ulatujący bąbel metanu, została zaskoczona przez nad wyraz dużą erupcję. Poślizgnęła się i wpadła po kostkę w błoto kolejnym kraterze. Dodatkowo wulkanom towarzyszyły przepiękne pustynne krajobrazy wokół. Serdecznie polecamy to miejsce, jednak ord razu zaręczmy, że będziecie cali w błocie.








Z obawy przed gangiem dzieciaków postanowiliśmy znaleźć podwózkę gdziekolwiek, byle poza ”ich rewir”. Dość szybko zatrzymał się pan z żoną, który był bardzo wesoły i oznajmił nam, że nie chce żadnych pieniędzy oraz jest chętny nas zabrać! Nasz nowy przyjaciel dość nietypowo jeździł samochodem, a dodatkowo, w 10 minut po tym jak zjechał ze stacji, przypomniał sobie, że zapomniał zatankować benzynę. Po konsultacji z policją postanowił pojechać autostradą pod prąd. Po zatankowaniu paliwa dwa razy przegapił nasz zjazd, a za każdym razem, kiedy rozmawiał z nami, bądź żoną, zjeżdżał ze swojego pasa, tak że raz wjechał na pobocze. To był jeden ze najsłabszych kierowców, jakich kiedykolwiek spotkaliśmy. Na początku byliśmy pewni, że to kwestia zepsutego auta. Okazało się jednak, że po prostu nie umiał jeździć - naciskał gaz do dechy, by za 3 sekundy całkowicie odpuszczać. I tak w kółko. W czasie jazdy pan opowiadał o swojej żonie, jako o swojej ostatniej miłości. Kiedyś miał jedną, następnie inną i teraz tę ostatnią i jest to najpiękniejsza miłość na świecie. Pomyśleliśmy sobie, że to bardzo romantyczna historia. Miał różne życiowe perypetie, zapewne różne wzloty i upadki, jednak ostatecznie udało mu się znaleźć miłość swojego życia. 

Gdy tylko nasi nowi znajomi usłyszeli, że śpimy pod namiotem, zaprosili nas do domu i powiedzieli, że nie ma możliwości, żebyśmy z tego zaproszenia nie skorzystali. W ich domu był jeszcze 12-letni syn i mały kotek. Zjedliśmy wspólnie kolację, przy której dowiedzieliśmy się, że pana żona nie jest ostatnią jego miłością w naszym zachodnim pojmowaniu. Okazało się bowiem, że pan ma 3 żony i 9 dzieci oraz dziesiąte w drodze, a ta, którą poznaliśmy, jest ostatnią, czyli najnowszą. Zasugerował też, że będzie pewnie jeszcze jedna, ale obecna tam żona jeszcze o tym nie wie. Islam pozwala, aby mąż miał wiele żon (maksymalnie 4). Odwrotna sytuacja nie jest jednak dopuszczalna. Pan tłumaczył, że wynika to z faktu, iż tylko w takim układzie wiadome jest kto jest ojcem i matką dziecka. 

Pan był bardzo szczęśliwy, że jesteśmy jego gośćmi i był żywo zainteresowany Polską oraz różnicami między naszymi krajami. Był także bardzo otwarty na nasze pytania, nawet te dotyczące sfery prywatnej i wiary, więc spędziliśmy bardzo pouczający wieczór. Problematycznym dla niego było imię Krzysia i z niewiadomych powodów nazywał go "Brosiek". Zapoczątkowało to nasz mały zwyczaj. Od tej pory, za każdym razem, kiedy Krzyś zrobi coś głupiego, nazywany jest Brośkiem. A jako, że Krzysiu często brośkuje, imię to wypowiadane jest regularnie. Kto wie, czy jeszcze tego nie uczcimy, nazywając naszego syna, jeśli go będziemy kiedyś mieć, Bronisław.


Azerbejdżan w pigułce - czyli nasze rekomendacje doświadczeń, miejsc i kuchni

Co zjeść

Piti – dwudaniowy obiad w jednym glinianym garnku, na baranim mięsie, tłuszczu i ciecierzycy. Najpierw do talerza wylewa się płynną zawartość garnka i miesza z porwanym na kawałki chlebem. Drugim daniem są stałe części, które należy bardzo dokładnie rozgnieść i wymieszać. Mimo że nie wygląda najlepiej, to smakuje wyśmienicie.

Baklava w wersji azerskiej – idealna do wszechobecnej herbaty.

Doner – tani fast food dostępny na każdym rogu. Polski kebab serwowany w bułce, najtaniej za 1 AZN (2,5 zł). 

Dolma – gołąbki w liściach winogron, jedzone z kwaśną śmietaną.

Herbata – należy ją tu pić w nadmiarze. Gdy chcą ją posłodzić, wkładają kostkę cukru na język i sączą ją z herbatą. Podobnie robią z kandyzowanymi owocami, konfiturami i przetworami z owoców. 


Co zobaczyć i zrobić
Haydier Aliev Cultural Centre – kiedy słyszeliśmy dobre opinie o tym budynku przed zobaczeniem go na żywo, nie byliśmy przekonani. Ale zdecydowanie warto!

Przejść się bakijskimi bulwarami


Wysmarować się błotem z błotnego wulkanu


Garść statystyk

  • O kraju
    • Mieszkańców (w tym w stolicy): 9,8 mln (2,3 mln / 23%) [1][2]
    • PKB per Capita PPP (ile % Polski aktualnie / kiedy było takie w Polsce): 17,4 k$ (60% / 2008)[3]
    • Średnia pensja: 540 AZN [4]
    • Cena bochenka chleba: 1 AZN (2,6 zł) 
    • Rekord w swojej kategorii: 15 herbat wypitych jednego dnia
  • O naszej podróży
    • Ilość stopów / ilość kilometrów nimi przejechana: 17 / 743 km
    • Ilość nocy w namiocie/będąc zaproszonym/w hostelu:  4 / 4 / 4
[1] https://www.google.com/search?q=Azerbejdzan+population

[2] https://www.google.com/search? q=baku+population

[3] https://data.worldbank.org/indicator/NY.GDP.PCAP.PP.CD?locations=AZ

[4] https://tradingeconomics.com/azerbaijan/wages

2 komentarze:

  1. Fajne przeżycia, momentami niebezpieczne, specyficzna egzotyka i ludzie jak widać bardzo życzliwi, za wyjątkiem młodocianych gangów. Imię Brosiek w Głuszycy już się przyjęło.

    OdpowiedzUsuń
  2. Najbardziej podoba mi się Haydier Aliev, błota i herbata. Zrobiliscie piękne zdjęcia i interesujący opis. Czekamy na więej. Mama Lidka

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Karabon voyage , Blogger