piątek, 15 lutego 2019

Oman autostopem, czyli wędrówki po krainie sułtana

Jeszcze niedawno w Omanie działały  jedynie dwie szkoły podstawowe i dwa szpitale, nie było prądu, ani dróg. Teraz kraj ten należy do światowej czołówki państw pod względem rozwoju. Jest to przykład niesamowicie gwałtownych zmian, modernizacji dokonanej w przeciągu ostatnich 50 lat. Za życia jednego Sułtana kraj zmienił się całkowicie. Tempo zmian i wzrostu ekonomicznego jest mierzone w zupełnie innej skali niż, niewątpliwy skądinąd, sukces gospodarczy ostatnich 30 lat Polski (w ciągi 50 lat PKB Omanu wzrosło 300-krotnie w porównaniu do 8-krotnego wzrostu PKB Polski w ciągu ostatnich 30 lat [1]).
Aby zmniejszyć nierówności i exodus ludzi do stolicy, Sułtan stara się o jak najbardziej równomierny rozwój, doprowadzając infrastrukturę do nawet najmniejszych i najbardziej oddalonych rejonów kraju. W Polsce, ale i we wszystkich wcześniej odwiedzonych krajach, najpierw myśli się o stolicy, lekceważąc prowincję. Rodzi to szereg problemów społecznych i ekonomicznych, które zdają się nie być aż tak bolesne w Omanie.
Krzyś ~ Ech! Jak ja tej centralizacji nienawidzę!


Rozwój i tradycja

Sułtan, gdy był młodszy, jeździł po kraju ze swoim dworem na wielbłądach, by poznać problemy rejonów. Działania te to w pewien sposób realizacja spostrzeżenia, które opisał Kapuściński w „Szachinszachu”: "Tak długo jak zacofana jest wieś, tak długo zacofany jest kraj, choćby istniało w nim pięć tysięcy fabryk. Tak długo jak syn osiedlony w mieście będzie odwiedzać rodzinną wioskę jak egzotyczną krainę, tak długo naród do którego należy, nie będzie nowoczesny".
Sukces pustynnych krajów półwyspu Arabskiego pokazuje, że ostatni Szach Iranu rzeczywiście mógł w ciągu 20 lat, tak jak deklarował, zmienić kraj w drugą Amerykę. Niestety, zamiast w rozwój kraju, postanowił spożytkować swoją wielką fortunę głównie na wojsko i swoje własne ego (jeżeli nie czytaliście "Szachinszacha" Kapuścińskiego to serdecznie polecamy!). 
Gwałtowna modernizacja oraz związane z nią oderwanie od tradycji musi rodzić kryzys tożsamości oraz wielkie napięcia społeczne. ZEA poszło z tym na zderzenie czołowe, niczym Szach w Iranie, podczas gdy w Omanie wraz z rozwojem gospodarczym, dba się o pielęgnowanie tradycji. W związku z tym zmiany są  dużo łagodniejsze. W Omanie prawie każdy mężczyzna chodzi w tradycyjnym stroju (dishdasha – biała długa szata oraz walcowata czapeczka we wzorki), nie ma wieżowców, a wszystkie domy są w spójnym, lokalnym stylu. Taksówkarze zobowiązani są do jeżdżenia w tradycyjnym stroju, ale można się spodziewać, że bez tego prawnego obowiązku i tak by tak jeździli. Jeszcze trudniejszym do zaakceptowania przez myśl liberalną przepisem jest ten, który mówi o tym, że Omańczycy nie mogą brać ślubu z osobami z zagranicy. Wydaje się, że jego przyczyną jest to, aby zwyczaje się nie rozmyły. W kontekście ślubów – jeżeli mężczyzna i kobieta chcą zawrzeć związek małżeński (oczywiście za pozwoleniem, a większości przypadków za poleceniem rodziców), mężczyzna jest zobowiązany do zapłaty na rzecz kobiety równowartość 70-100 tysięcy złotych. Kobieta następnie w ciągu pary dni wydaje wszystko na złoto, perfumy, fatałaszki i inne dobrach, które stanowią swoiste zabezpieczenie dla kobiety na wypadek rozwodu lub śmierci małżonka. Ciekawym przepisem zabezpieczającym kobiety, w tym patriarchalnym społeczeństwie jest też to, że pieniądze zarobione przez męża należą do rodziny, a te przez żonę – tylko i wyłącznie do kobiety i może nimi dysponować samodzielnie.

Pod względem ekonomicznym obywatele krajów półwyspu arabskiego żyją jak pączki w maśle. Są to jednak kraje pełne nierówności, giganci na hinduskich nogach, korzystające z taniej siły roboczej z Bangladeszu, Pakistanu i Indii. Robotnicy ci nie mają możliwości dostać obywatelstwa, kupić ziemi, zawierać małżeństw z Omańczykami, a ponadto są jawnie pogardzani. Dzięki nim codziennie rano pucowany Oman lśni – ulice, chodniki, trawniki, plaże, ubikacje, a nawet niezagospodarowane tereny są niesamowicie czyste, wręcz sterylne (serio, Oman jest chyba bardziej czysty niż Holandia). Ukrytym kosztem wymuskanych trawników jest wykorzystywanie taniej siły roboczej ze wschodu.
Wielokrotnie na naszej drodze spotkaliśmy się z jawną dyskryminacją pracowników terminowych. Gdy rozmawiając z Omańczykami użyliśmy słowa „imigranci” nastąpiło oburzenie. „Oni są tu tylko na chwilę! To są kontraktorzy, skończy im się umowa i wyjadą”. W lekceważący sposób odwoływali się do nich także w restauracjach i na ulicy.

Omańskie przywitanie

Granica Omanu z Emiratami zapowiadała, że mamy do czynienia z krajem, w którym czego jak czego, ale miejsca nie brakuje. Między kolejnymi stanowiskami celnymi odległość można było liczyć w kilometrach, całość przejścia miała ich powyżej 15. Granicę pokonaliśmy na dwa stopy, by jeszcze tego samego wieczora dojechać do parku nad morzem, gdzie przywitały nas świecące glony, takie jak przy Lavan w Iranie. I tym razem udało się zrobić zdjęcia!
  

Drugiego dnia przekonaliśmy się czym jest omańska gościnność. Oman to, podobnie jak Iran, kraj niezwykłej życzliwości. Nie raz zdarzyło się, że taksówkarz przewiózł nas 50-100 km nie oczekując zapłaty bądź ktoś proponował nam nocleg w zaprzyjaźnionym hotelu za darmo. Nie raz czuliśmy się podejrzliwi, gdy Omańczycy byli niewyobrażalnie życzliwi. Ich propozycje wydawały się aż zbyt miłe. Głupio nam było przed samymi sobą, gdy okazywało się, że rzeczywiście wszystko wynikało z dobrego serca. Szkoda, że nasz europejski sposób myślenia jest taki kapitalistyczny i nie dopuszcza już do głosu tego, że ktoś rzeczywiście może zrobić coś dla drugiego bezinteresownie. Oman był więc dla nas lekcją pokory i ludzkiej życzliwości. Przykładem takiej historii była sytuacja, gdy w drodze do Muskatu odwiedziliśmy fort w Nakhal, który swoje początki datuje na okres pre-islamski. Podczas autostopu złapaliśmy taksówkarza. Poprosiliśmy go, by podwiózł nas jedynie na pobliską stację benzynową. On jednak postanowił, nie chcąc za to żadnej zapłaty, odwieźć nas na miejsce – ponad 100 km w jedną stronę! Nasze wielokrotne próby odmówienia spełzły na niczym. W międzyczasie okazało się, że ma na utrzymaniu 9-cio osobową rodzinę i pracuje na dwa etaty. Wychodzi jednak z założenia, że należy czynić dobro i pomagać ludziom zawsze, a jeżeli chodzi o pieniądze, to dzisiaj są, a jutro ich nie ma – i takie jest życie. Ten sam schemat powtarzał się przez dwa tygodnie omańskiej przygody wielokrotnie. Takiemu podejściu pomagał także fakt, że często taksówkarze traktowali taksówki jako formę dorywczej pracy, ponieważ pracowali zmianowo – dwa tygodnie na pustyni, dwa tygodnie wolnego i nie mieli co robić w wolnej chwili. Nasi rozmówcy zarówno w Iranie, jak i Omanie wskazywali na Islam jako źródło życzliwości, nakazujący pomagać i przekładać dobro gości ponad swoje.
Sam fort, do którego jechaliśmy z naszym przyjacielem taksówkarzem, był o tyle ciekawy, że był niczym labirynt, w którym łatwo było się zgubić. Co więcej, można było dotykać wszystkich eksponatów, w tym broni palnej (nie wiedzieliśmy, że jest tak ciężka!). Fort otoczony był malowniczą plantacją daktyli o charakterystycznie okrągłych koronach.













Muskat – stolica na trzech nogach

W Muskacie chcieliśmy poznać omańską kulturę z bliska, więc skorzystaliśmy z CouchSurfingu. Nasz gospodarz okazał się być niezłym wariatem. Mówił bardzo chaotycznie, nieskładnie, zmieniał co parę sekund temat, zaprzeczał oczywistym faktom, a w trzecim zdaniu poinformował nas, że słyszy głosy (a co gorsza ich słucha!). Już po chwili wiedzieliśmy, że nie przypadniemy sobie do gustu. Na domiar złego okazało się, że mieszka w miejscowości Sumail, oddalonej o 95 km od Muskatu. To mniej więcej tak, jakby ktoś mieszkał w Opolu, a mówił, że to nadal Wrocław. Próbowaliśmy wytłumaczyć mu, że powinien doprecyzować informację na CS, jednak odpierał to argumentem, że jest blisko…
Niemniej po pierwszym negatywnym wrażeniu odkrył przed nami także swoje dobre strony. Pomimo chaotyczności, był bardzo życzliwy i pomocny - w swojej miejscowości pokazał nam plantację bananów, papai, daktyli oraz limonek. Charakterystyczne dla Omanu są systemy irygacyjne minimalizujące ilość prac wykonywanych przez plantatorów. Cała plantacja podzielona była na sektory, a każdy z nich doprowadzony miał kanał ze studni. Każdego dnia różne kanały były odcinane i inny sektor był nawadniany. Przy takim systemie praca plantatora wydaje się być bardzo przyjemna. 
Omański system irygacyjny 
Bananowiec wraz z kwiatem
Papaja
Zwiedzanie Muskatu nie należało do najprzyjemniejszych. Muskat to ogromne, rozlazłe miasto złożone z trzech ośrodków – Ruwi, Mutrach i Starego Muskatu. Dystanse między krańcami miasta sięgały 50 kilometrów, a pokonanie ich nie należało do najprzyjemniejszych. Komunikacja miejska zarówno w Omanie, jak i w Zjednoczonych Emiratach Arabskich kuleje – autobusy odjeżdżają rzadko i brakuje podstawowych informacji na przystankach, takich jak jakie linie autobusowe daną trasą jeżdżą, kiedy się zatrzymują i dokąd zmierzają. Zgadujemy, że wynika to z faktu użytkowania komunikacji w większości przez przyjezdnych pracowników, podczas gdy lokalna społeczność przemieszcza się komunikacją indywidualną. A po co dbać o migrantów?
Świeży kokos, by ugasić pragnienie
Targ rybny, gdzie można zakupić świeżą rybę i od razu ją przygotować
Ryby dostępne są w każdym gatunku

i każdej wielkości

Nawet płaszczki




Kotki mają tutaj klawe życie





Jeden z pałaców Sułtana Kabusa


Papugi fruwają zamiast gołębi

Przejazd przez pustynną pustkę

Mieszkanie z dala od miasta okazało się pozytywem, gdy chcieliśmy przejechać na drugi koniec Omanu, 1000 km przez pustynię – nie musieliśmy wyjeżdżać z ogromnej aglomeracji. Podróż przez pustynię każdy z nas przeżywał w inny sposób. Ola stresowała się, że utkniemy pośrodku niczego, Maciek radował się z pustki, która, miał nadzieję, oczyści mu głowę, a Krzyś cieszył się, że wreszcie będzie miał czas zająć się swoimi sprawami.
Jazda pustynią była niezwykłym przeżyciem. Po horyzont płasko, nic nie ma, jedynie piasek koloru beżowego. Najciekawsze wydarzenia na trasie to oglądanie mijanych skał lub wielbłądów. A potem dalej pustka i tak przez cały dzień jazdy. Droga była idealnie płaska i prosta, nie mijało się zbyt dużo samochodów. Każdy zaś jeździł zgodnie z przepisami, ponieważ co 2-5 km był fotoradar, bądź jego atrapa.
Wielbłąd na pustyni
Czekając na przejeżdżające auto

W przeciągu 1000 km widać było różnorodność pustyni. W niektórych miejscach wyrastała niska roślinność, czasem zmieniała kolor, a innym razem widać było skały. Dopiero w drodze powrotnej powiedziano nam jak ją oglądać - wtedy też ujrzeliśmy na niej życie. Okazało się, że pustynia leży na dużym płaszczu wód podziemnych i jest rolniczym zapleczem Omanu. Co kilkanaście kilometrów nasz kierowca pokazywał nam w oddali cień plantacji czy obozowiska Beduinów. Zaznaczał także, że  to, co widzimy, to nie jest prawdziwa pustynia – aby jej doświadczyć powinniśmy zjechać z głównej drogi kilkadziesiąt kilometrów w głąb. Niestety, było to poza naszym zasięgiem.
Wielbłądy stołowały się z nami w pakistańskiej restauracji w Haimie

Po dwóch dniach podróży po bezkresnej pustce, w ciągu 10 minut krajobraz zmienił się całkowicie. Pojawiło się dużo niskiej zielonej roślinności, by po chwili ukazały się drzewa i wielbłądy. Zaraz za wielbłądami zamigotało miasto Salalah, drugie największy ośrodek Omanu. Salalah i Muskat są w zupełnie innym klimacie (Salalah to już klimat subtropikalny), choć odnaleźliśmy wspólne elementy - temperaturę. W obu miastach mówiono nam, że jest zimno, bo jest zima, choć było 30 stopni w cieniu. Śmiano się z nas, kiedy rozpływaliśmy się w upale.

Rajska Salalah

Po dwóch miesiącach podróży odkrywamy już co nam się w podróży podoba (natura, spotkania z ludźmi), czego nie lubimy (duże miasta, ruiny) i jakie są aktywności konfliktowe (długa jazda stopem, muzea historyczne). Coraz bardziej sobie to uświadamiamy i otwarcie o tym mówimy. Dlatego bez strachu przejechaliśmy przez Salalah, załatwiwszy jedynie to, co musieliśmy i pojechaliśmy dalej, ignorując jego zabytki. Postanowiliśmy wykorzystać ten czas na spowolnienie, którego wbrew pozorom w podróży brakuje. Udaliśmy się na plażę Taqah, by tam spędzić trochę czasu w spokoju, jednak… to się nie udało! Strach przed pominięciem czegoś był za duży. Kazał on nam się z naszej plaży ruszyć - i już następnego dnia rano pojechaliśmy do jednej z piękniejszych oaz w Omanie – Wadi Darbat.


Były to tarasowo ułożone jeziorka, gdzie z każdego poziomu woda przelewała się do niższych zbiorników kaskadowo. Całość otoczona była niespotykaną w okolicy zielenią i skałami z piaskowca, oraz była środowiskiem życia kameleonów. Postanowiliśmy zrobić króciutką przerwę i… przespaliśmy 3 godziny. Obudził nas Pan zainteresowany hamakiem, który sobie rozłożyliśmy. Pytał nas co to jest, a nawet położył się na nim i poprosił o zrobienie mu zdjęcia. Ostatecznie po krótkiej rozmowie zaproponował nam, że podwiezie nas do kolejnej zaplanowanej atrakcji.









Hamak wzbudzający zainteresowanie
Khor Rori, do którego zmierzaliśmy, to ruiny jednego z najważniejszych portów na świecie w okresie starożytności. W jego  okolicy, jako jednym z niewielu miejsc na świecie, rośnie drzewo, z którego wytwarza się kadzidło. Sprzedawano je na całym świecie, od Chin, przez Indie, aż do Europy i Afryki. Na wjeździe okazało się, że nie wpuszczą nas bez samochodu. Od bramy wejściowej do zabytku było pewnie 2 kilometry, a powiedziano nam, że jest to za dużo by przejść pieszo.  Nie pomogło nawet udawanie samochodu i wydawanie odgłosów auta. Nasz nowy znajomy, widząc że nic z tego, zaproponował, że pojedzie z nami. W ten sposób wspólnie zwiedziliśmy ten zabytek. Pan był członkiem sił specjalnych Omanu i opowiadał nam, że przeprowadzali wspólne manewry z polskim wojskiem. W tym rejonie wojskowych spotykaliśmy regularnie. Południe Omanu jest strategiczną częścią kraju, dlatego znaczna część osób, które tam spotkaliśmy, było związanych z militariami. 

Ruiny portowego miasta w Khor Rori

Flamingi na plaży

Północ od południa różniła się nie tylko klimatem, lecz także sposobem, w jaki ubierają się ludzie. Zamiast białych szat i czapki nosili turban i ciemny materiał owinięty wokół nóg jak spódnicę. Jak na razie, na tle wszystkich krajów, w jakich byliśmy, Polska wybija się jako kraj bardzo mono etniczny, płaski, mało różnorodny. W Polsce poza paroma wyjątkami (Górale, Ślązacy, Kaszubi, Łemkowie) wszyscy są mniej więcej do siebie, w swoich zwyczajach i języku, podobni. Nawet emigrantów mamy mało. 
Zwróćcie uwagę na różnicę w ubiorze
W tej samej okolicy, co Khor Rori, znajduje się plaża, na której żyją flamingi oraz czasem spacerują wielbłądy. Uznaliśmy to za świetne miejsce do rozbicia namiotów na wieczór i zrobienia ogniska. Miało być to najdalsze miejsce naszej wspólnej podróży z Maćkiem, ponieważ po Omanie wracał do Polski, co dodatkowo dodawało temu wieczorowi smaczku. Dojście na miejsce wiązało się z przejściem pieszo 5 km od krańca miasta, lecz wydawało się, że warto będzie tę cenę zapłacić. Gdy doszliśmy, naszym oczom ukazały się śmieci. To jedyne miejsce w Omanie, w którym je widzieliśmy (chociaż zostały one pozbierane następnego dnia rano). Na domiar złego mocno wiało, więc siedzenie przy ognisku nie było przyjemne, a ocean głośno rozbijał się o skały, co zamiast usypiać, budziło nas w nocy. Żadnych flamingów ani wielbłądów nie widzieliśmy. Miało być pięknie, i nadal było, choć nie tak bardzo, jak sobie to wymarzyliśmy. To tak, jak w piosence Rolling Stones'ów: „You don’t always get what you want”.

Wraz ze wschodem słońca, by uniknąć upałów w trakcie drogi powrotnej, zaczęliśmy się zbierać. Zanim doszliśmy do głównej drogi, byliśmy już całkiem zlani potem, wycieńczeni gorącem i brakiem perspektyw na szybki odpoczynek. Był to już nasz ósmy dzień bez prysznica, ponieważ wcześniejsze noce spaliśmy pod namiotem. Tego dnia musieliśmy też załatwić przedłużenie wizy w Salalah, co okazało się kawkowskim procesem. W Salalah wsiedliśmy w autobus miejski który wysadził nas w odległości 2 km od komendy głównej policji, mimo, że miał na rozkładzie jazdy ten posterunek. Będąc już porządnie zmęczonymi, musieliśmy przejść ten dystans w pełnym słońcu. Na miejscu nikt nam nie umiał wskazać do którego budynku musimy się udać, więc chodziliśmy od drzwi do dziwi, aż za czwartym podejściem udało się trafić do odpowiedniego miejsca. Trafiliśmy na zwykłą urzędową poczekalnię, z wieloma okienkami i brakiem jakiegokolwiek napisu w alfabecie łacińskim oraz tłumem nerwowo czekających osób. Odczekaliśmy swoje do okienka, w którym czekały osoby wyglądające na obcokrajowców. Okazało się, że trafiliśmy. Wszystko byłoby dobrze, ale brakowało nam papierka, który należało zdobyć w innym, bliżej niesprecyzowanym miejscu. I cały proces chodzenia z miejsca na miejsce zaczęliśmy od początku, z tym że teraz do końca nie wiedzieliśmy czego szukamy. Gdy znaleźliśmy wymarzone okienko, wybiła 13:00, a pani urzędniczka z zegarkiem w ręku zamknęła swoje stanowisko. Nie było co robić, tylko bardzo prosić o wydanie świstków i, głównie dzięki zabiegom Maćka, się udało. Formularz, który otrzymaliśmy zawierał tylko trzy pola do wypełnienia – imię, nazwisko i numer paszportu.  Biegiem do pierwszego stanowiska, gdzie miała miejsce podobna sytuacja. Pan właśnie zamykał, więc znów prośby, które na szczęście również okazały się skuteczne. Przedłużyliśmy wizy, chociaż kosztowało nas to dużo stresu. Tylko kto mógł przewidzieć, iż urząd pracuje do 13?
Ryk bezsilności wobec biurokracji


Jak stołowałem się u omańskiego sułtana

Droga powrotna przez pustynię nie należał do najprzyjemniejszych, zważywszy na wcześniejsze zmęczenie. Z Salalah wyjechaliśmy jedynie 100 km w głąb pustyni i zostaliśmy zostawieni na pustkowiu, gdzie w palącym słońcu wyczekiwaliśmy na przejeżdżające auta. Jak na złość ruch był niewielki i większość osób zakręcała zaraz przed nami. Po ponad godzinie, gdy byliśmy już pewni, że nie uda się dojechać na zaplanowane miejsca (do miasta Haima pośrodku pustyni, w którym spaliśmy w drodze na południe i gdzie mieliśmy upatrzone dobre miejsce na namiot), z piskiem opon zatrzymało się auto. Mohammed okazał się wysoko postawionym policjantem. Jechał właśnie 200 km na obiad ze swoim szefem. Opowiadał nam, że ma pod sobą rejon od miasta Salalah do Haimy, a głównym wyzwaniem dla policji jest przemyt narkotyków z Jemenu i nielegalna migracja. Oman należy do jednych z najbezpieczniejszych krajów świata, bez „zwykłych” występków, takich jak kradzieże czy napady. Przez dwanaście dni naszego pobytu zawsze czuliśmy się bezpiecznie, niezależnie od miejsca, w którym byliśmy, bądź spaliśmy, nie baliśmy się też zostawić naszych plecaków bez opieki.   
Gdy dojechaliśmy do miejsca, gdzie mieliśmy się rozdzielić, Mohammed poinformował, że rozmawiał przez telefon z szefem, który nas również zaprasza na obiad. Gorąco nas namawiał, i mimo początkowego oporu Oli (z powodu wegetarianizmu - moment w którym trzeba o tym poinformować jest trudny, a ponadto istnieje duże ryzyko spowodowania dyskomfortu u gospodarzy, ponieważ w większości przypadków nie są na to przygotowani), zdecydowaliśmy się przystać na propozycję. Gdy z powrotem wsiedliśmy do auta, Mohammed poinformował, że osoba, do której jedziemy, jest „Big Boss”, więc musi się przebrać w tradycyjny oficjalny strój – turban (massar)  w złoto-białym odcieniu i białą szatę (dishdasha) oraz wziąć swoją dekoracyjną laskę pasterską. 
Jadąc, minęliśmy wielką bramę, strzeżoną przez wojskowych z bronią i już wiedzieliśmy, że osoba, do której zmierzamy, jest kimś więcej niż zwykłym komendantem. Przed domem, przy którym zaparkowaliśmy, leżał wielki dywan, za nim półotwarty namiot pełen ozdobnych poduszek, dywanów i srebrnych półmisków z owocami, a centralnie wśród tego siedział on – cały na czarno. Jego szata przykryta była zwiewnym aksamitnym płaszczem, do tego ciemny turban okrywający głowę. W ręce dzierżył ozdobną laskę. Panowie przywitali się w tradycyjny omański sposób – dotykając się nosami. Po raz kolejny zaskoczyło nas przywiązanie do tradycji. Panowie na nieoficjalnym spotkaniu ubrani byli w narodowy strój, a pokój wizyt był namiotem w beduińskim stylu.  
Pokój wizyt w stylu beduińskiego namiotu
Przy przedstawieniu dowiedzieliśmy się, że big boss jest gubernatorem, namiestnikiem Sułtana na jeden z 10 regionów Omanu. To dlatego naszemu kierowcy chciało się jechać taki dystans na obiad. Biorąc pod uwagę monarchiczny charakter państwa zdaliśmy sobie sprawę, że jest to osoba z nadania, która zapewne rządzi tym regionem od dziesięcioleci. Bliżej mu więc do lorda niż gubernatora w naszym rozumieniu. 
Na początku chłopcy byli skrępowani kontaktem z tak ważną osobą. Olę zaś skrępowała jego sugestia, czy nie chciała by pójść do żony i dzieci (z intencją, że tam mogłaby poczuć się swobodniej). Nie przystaliśmy na tę propozycję.. Panowie chwilę pogadali i postanowili przejechać się na pustynię postrzelać do celu, a nas zostawili pod opieką służby z Bangladeszu. Na obiad podane zostało mandi, czyli cała owca podana na ryżu, łącznie z takimi częściami jak głowa, szyja, serce. Krzyś skusił się na znane części, Maciek odważnie spróbował coś, czego nie mogliśmy zidentyfikować (i tej odwagi szybko pożałował, gdy fragment okazał się być szyją, razem z przełykiem), a Ola zadowoliła się ryżem i sałatką. Następnie zaprowadzeni zostaliśmy do osobnego pokoju na deser, gdzie mogliśmy spróbować wielu bardzo różnorodnych cukierków. Najbardziej smakowały nam orzechy nerkowca nadziane na daktyle i oblane sosem pistacjowym. Spokojnie możemy powiedzieć, że była to najlepsza słodycz, jaki jedliśmy w życiu. Na koniec uczty zaproponowano nam nocleg – mogliśmy wybrać, czy chcemy spać w namiocie z ozdobnymi poduszkami czy wybrać dom dla gości. Ze względu na lot do kolejnego kraju trochę spieszyliśmy się do stolicy, więc odmówiliśmy grzecznie, mając nadzieję, że uda nam się tego dnia przejechać jeszcze 200 km do kolejnego miasta.  
Mandi

Desery były znacznie smaczniejsze

Gdy weszliśmy z powrotem na drogę ,było już mocno po zachodzie słońca i żałowaliśmy, że nie skorzystaliśmy z propozycji zastania na noc. A jednak, mimo braku światła, bardzo szybko złapaliśmy kierowcę tira jadącego z ładunkiem siana do Haimy. Pan Mohammed by Pakistańczykiem od lat mieszkającym w Omanie. TIR-y jadące przez pustynię w Omanie są znacznie większe i starsze niż w Europie, dlatego rozpędzał się maksymalnie do 50 km na godzinę. Do tego towarzyszyła nam monotonna i głośno pikająca lampka ostrzegawcza. Mimo że Mohammed znał tylko podstawowe zwroty po angielsku, był bardzo rozmowny. Do Haimy dotarliśmy w środku nocy.
Kolejny dzień powrotu i słońca upłyną pod znakiem załamania. Od rana nie mogliśmy nic  złapać, a gdy już się udało, zostaliśmy zostawieni w słabym miejscu. Po wybuchu i krótkiej kłótni, zdecydowaliśmy się pojechać autobusem. Problem był taki, że  on też nie przyjeżdżał. Dni bez odpoczynku i gorąco dało nam się mocno we znaki. W międzyczasie Maciek łapał stopa, bo bez sensu czekać bezczynnie. Udało mu się to szybciej niż przyjechał autobus.  Mieliśmy o tyle szczęścia, że panowie jechali na drogę wyjazdową z Muskatu, więc nie musieliśmy się męczyć z wjeżdżaniem, a potem wyjeżdżaniem z tego wielkiego miasta. Dzięki temu jeszcze tego wieczoru dojechaliśmy do miasta Sur, z którego planowaliśmy pojechać na oglądanie żółwi. Był to nasz rekord przejechanych stopem kilometrów w ciągu jednego dnia – 726! Tego dnia zatrzymaliśmy się w hotelu w celu podładowania baterii (dosłownie i w przenośni, bo po dziewięciu dniach w namiotach wyładowały się już nam wszystkie power banki). 
Wreszcie noc na łóżku!

Cud narodzin

Nasz wybór był bardzo dobry - gdy zapytaliśmy obsługę o oglądanie żółwi, pan zadzwonił do swojego kolegi organizującego wycieczki za małą opłatą. Nie odebrał, a my zapomnieliśmy o sprawie. Następnego dnia, gdy wychodziliśmy z hotelu, by złapać stopa, zagadał nas obcy człowiek, który przedstawił się jako kolega pana z obsługi. Powiedział, że może nas zabrać na oglądanie żółwi za darmo, jednak nie do rezerwatu, a na plażę, gdzie również składają jaja, ponieważ i tak tam jedzie ze swoimi znajomymi. Dodatkowo zaproponował nam darmowy nocleg w hotelu swojego kuzyna. Z początku wydawało nam się to bardzo dziwne, nie mogliśmy doszukać się haczyka i byliśmy mocno zdystansowani, więc upewniliśmy się dziesięć razy, że nic nie zapłacimy. Dopiero po chwili powiedział, że często nocuje osoby na CouchSurfingu. Dodatkową wątpliwość budził fakt jechania nie do oficjalnego rezerwatu, a do innej plaży. Postanowiliśmy i tak spróbować, a jak żółwie się nie pojawią, bądź ich oglądanie będzie naruszało proces składania jaj, pojedziemy do prawidłowego miejsca następnego dnia.
Małe kluseczki napotkane w drodze do naszego hotelu
Umówiliśmy się z panem na konkretną godzinę, on polecił nam lokalną restaurację, gdzie zjedliśmy pożegnalny obiad z pysznych i świeżych ryb. Po krótkim nic nierobieniu, Mubarak zadzwonił do nas na pół godziny przed umówioną godziną pytając, gdzie jesteśmy. Znacie ten stereotyp, że Włoch i Hiszpan zawsze się spóźnią, a Niemiec i Szwajcar będą w zegarkiem w ręku? Trzeba dodać do tego Omańczyka, który przyjdzie 15 minut za wcześnie. 
Okazało się, że w miejscu, do którego planowaliśmy jechać w ostatnim czasie turyści mocno nastraszyli żółwie i zamknięto plażę. Dlatego pojechaliśmy do rezerwatu, gdzie przed bramą stał tłum turystów. W okresie lęgowym na plaże w tym miejscu wypływa 300 żółwi, a w styczniu co najwyżej jeden, dlatego zaskoczyła nas liczba czekających osób. Sprawnie zostaliśmy podzieleni na pięć 20 osobowych grup, każda otrzymała numerek i przewodnika. 
Wycieczka zaczęła się od długiego spaceru w ciemności na plażę. Przewodnik wytłumaczył nam jak ważne jest utrzymanie ciemności, ponieważ małe żółwie, gdy się wyklują, kierują się do światła (idealnie, gdy akurat tę drogę rozświetlają im pojawiające się od czasu do czasu świecące algi). Oprócz tego żółwie mają bardzo czułe oczy i światło wywołuje u nich ból, więc porzucają proces składania jaj.  Żółw zielony, który wylęga się na tutejszej plaży, żyje do 80 lat. Okres rozrodczy  trwa od 20 do 60 roku życia, w czasie którego co 2 lata żółwica składa trzykrotnie po 150 jaj. Z każdego 1000 wykluwa się i dochodzi do oceanu jedynie 2-3 osobników, dlatego ważne jest, by nie powodować dodatkowych czynników zmniejszających tę liczbę. 
Na naszej wycieczce mieliśmy okazję zobaczyć dwa żółwie. W pierwszej chwili zaskoczył nas ich rozmiar. Myśleliśmy, że będą miały około 10 cm, a miały ponad metr! Pierwszy z nich wracał do oceanu, bez złożenia jaj, ponieważ wybrał miejsce na suchym piasku i nie mógł wykopać odpowiedniej dziury. Drugi żółw, gdy podeszliśmy, był w trakcie zakopywania jaj. Dziura, w której je składają, powinna być głęboka na 1,5 metra. Żółwica kopała używając swoich płetw, wyglądając przy tym bardzo niezgrabnie, jednak miała na tyle siły, by piasek przez nią rzucany leciał parę metrów. Była też czuła na hałasy i dźwięki - gdy tylko ktoś rozmawiał bądź zaświecił światło (a zdążyło się parokrotnie, że flash w aparacie został użyty) natychmiast przestawała kopać i zastygała. 
Na tej wycieczce bardzo negatywnie zaskoczyło nas zachowanie ludzi. Idąc, turyści nie potrafili uszanować rygoru braku światła i świecili latarkami. Pomimo próśb chodzili po miejscach, gdzie zostały złożone jaja, a gdy tylko zobaczyliśmy żółwie, od razu wszyscy się rzucili, by być jak najbliżej (Krzyś i Maciek przyznają, że instynkt stadny na nich też działa). Organizacja również zostawiała wiele do życzenia, ponieważ przewodnicy w ogóle nie przejmowali się swoją grupą i już po dziesięciu minutach marszu wszystkie grupy się wymieszały i nikt nie przejmował się numerem, który dostał na początku. Dodatkowo o wiele mniej światła  byłoby użyte, gdyby każdy dostał latarkę emitującą czerwone światło, na które żółwie nie są wrażliwe. Mimo tego wszystkiego oglądanie żółwi zostanie naszym ulubionym przeżyciem z całej wycieczki po Omanie. 
Żółw zielony zakopujący właśnie złożone jaja


W drodze do Muskatu

W drodze powrotnej z Sur do Muskatu postanowiliśmy odwiedzić ostatnią na naszej trasie i zarazem najbardziej turystyczną oazę Omanu, Wadi Shab. Był to głęboki wąwóz wydrążony przez rzekę wpadającą do oceanu. By dostać się do najładniejszej części, należało przeprawić się przez rzekę oraz przejść dwa kilometry, by u celu zobaczyć jeziorko z bardzo przejrzystą wodą otoczoną gołymi skałami. Po drodze co  rusz widzieliśmy wracających turystów ubranych jedynie w stroje kąpielowe, co w purytańskim kraju było niezgodne ze zwyczajem. Po dwóch miesiącach w muzułmańskich krajach my też poczuliśmy się zgorszeni!









Na wieczór rozbiliśmy się na pobliskiej plaży, gdzie po raz pierwszy w przeciągu 75 dni postanowiliśmy nie robić żadnych projektów, nie pisać bloga, kartek, pamiętnika, nie czytać, nie sprawdzać komórki, nie grać w gry planszowe, nie oglądać żadnego filmu, tylko wspólnie posiedzieć i powspominać podróż oraz szczerze porozmawiać. Krzysia naszła refleksja jak wiele czasu, nie tylko w naszej podróży, ale i w codziennym życiu, spędzamy czas obok siebie, zamiast ze sobą. Zajmujemy się swoimi sprawami, które wydają się ważne, na wpół nieświadomie pomijając osoby, które kochamy. Czy więcej czasu nie spędzamy wpatrzeni w komórkę, zamiast na jakościowym spędzaniu czasu z naszymi bliskimi?

Poranny widok z namiotu

Karmienie dzikich kóz


Jak to na stopie bywa, trzeba być otwartym na zmiany planów, propozycje i spotkania z ludźmi, na przygody i nieprzewidywane sytuację. To właśnie Krzyś kocha najbardziej w podróży w ten sposób – otwartość, i to nie tylko naszą, ale również drugiej strony. Mieliśmy w planie dojechać jak najwcześniej do Muskatu, ponieważ chcieliśmy wypisać kartki i spotkać się z poznanym kolegą. Na stopa zostaliśmy zabrani przez policjanta, który po drodze zabrał nas do dwóch kolejnych atrakcji - największej tamy Omanu oraz dziury po meteorycie, która teraz jest częściowo zalana wodą i służy jako kąpielisko, a na sam koniec postawił obiad w McDonaldzie.



Pożegnanie z Bliskim Wschodem

Stolica Omanu to, jak już wspominaliśmy, ogromne miasto. Do centrum turystycznego jechaliśmy długo Mieliśmy nadzieję znaleźć tam kartki, ponieważ było to jedne miejsce, gdzie w ciągu 12 dni je widzieliśmy. Niestety ich jakość zostawiała dużo do życzenia, łącznie z tym, że zdjęcia były nieostre a druk jednych odbijał się na innych. 
Gdy wypisaliśmy kartki, była już godzina 18. Jak to z reguły bywa, wzbudziliśmy zainteresowanie i dostaliśmy propozycję podwózki. Była to jednak klasyczna niedźwiedzia przysługa - pan wysadził nas na przystanku, na który, jak się okazało po godzinie czekania, nasz autobus się nie zatrzymuje. Przystanek nie miał żadnych oznaczeń i czekały na nim osoby, więc również czekaliśmy. Machaliśmy do autobusu, który miał nas zawieźć na lotnisko, gdzie umówiliśmy się z naszym kolegą Azizem. Z powodu tego opóźnienia oraz wielkości miasta dojechaliśmy dopiero około 22. Aziz nie wydawał się zmartwiony tym, że czekał na nas godzinę na miejscu.  Zawiózł nas do mariny, gdzie pokazał swoją łódkę i udaliśmy się razem na obiad. Opowiadał nam o swoich bardzo męskich podróżach z kolegami do krajów takich jak Rosja, Serbia, Bośnia, gdzie chodzą po górach, grillują, ale… alkoholu nie piją. 
O północy pożegnaliśmy się i udaliśmy się do parku w okolicy miejsca, skąd odjeżdżał autobus Maćka do Dubaju, a nasz na lotnisko. Jednego dnia lecieliśmy do dwóch odmiennych klimatów – my na Sri Lankę, Maciek do Polski. Postanowiliśmy skorzystać z okazji i wypakować wszystko, przejrzeć i  oddać Maćkowi do przewiezienia to, co nam się już nie przyda. Uzbierało się tego ponad pięć kilo! O czwartej nad ranem przyszła pora czułych uścisków i pożegnań.

Bardzo dobrze się wspólnie podróżowało. Dziękujemy Maćku!

Oman w pigułce, czyli nasze rekomendacje doświadczeń, miejsc, kuchni:

Co zjeść lub spróbować:
  • Obiad w pakistańskich lokalach gastronomicznych
  • Mandi - cała owca podana na ryżu, łącznie z takimi częściami jak głowa, szyja, serce
Madi - hmmm... 
  • Owoce morza – świeżo wyłowione z oceanu
Tuńczyk w omańskim stylu
  • Qahwa/Kava – omańska lura przypominająca czarną kawę, pita w malutkich filiżankach bez uszek
Kava obowiązkowo pita z małych filiżanek, siedząc po turecku na dywanie
  • Świeże owoce – kokos oraz daktyle grały dla nas pierwsze skrzypce!
Pierwsza próba otworzenia kokosa 
Jednak łatwiej było nim rzucić o ziemię



Idealnie komponował się do owsianki

Co zrobić i zobaczyć:
  • Wykąpać się w oceanie
  • Przejechać przez pustynię wpatrzonym w jej bezkres
  • Podpatrzeć żółwie składające jaja
  • Przejść się po plantacjach
  • Zamoczyć nóżkę w jednym z tysięcy Wadi

Garść statystyk:
  • O kraju:
    • Mieszkańców (w tym w stolicy): 4,6mln (1,7mln / 37%) [A][B]
    • PKB per Capita PPP (ile % Polski aktualnie / kiedy było takie w Polsce): 41,7k$ (142% / ???)[3] 
    • Rekord w swojej kategorii: ilość przejechanych bezpłatnie z taksówkarzem – 120
  • O naszej podróży:
    • Ilość stopów / ilość kilometrów nimi przejechana: 42 / 3000
    • Ilość nocy w namiocie/będąc zaproszonym/w hostelu: 6 / 3 / 1


[1] https://data.worldbank.org/indicator/NY.GDP.MKTP.CD?end=2017&locations=OM-PL&start=1970&view=chart

[A] https://www.google.com/search?q=Oman+population
[B] https://www.google.com/search? q=Muscat+population
[C] https://data.worldbank.org/indicator/NY.GDP.PCAP.PP.CD?locations=PL-OM 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Karabon voyage , Blogger