piątek, 19 kwietnia 2019

Indie: Jaipur, piękne miasto, z którego zapamiętamy jedynie szpital

Wszystko zaczęło się dwa tygodnie wcześniej, jeszcze w Mumbaju, ostatniego dnia pobytu na Couchsurfingu. Nasza gospodyni Shuba co chwilę przynosiła nam nowe lokalne przysmaki do spróbowania. Z jedzeniem i wodą w Indiach byliśmy ostrożni tym bardziej, że z każdej butelki wody krzyczały napisy „Sprawdź przed wypiciem, czy butelka nie była wcześniej otwarta" albo „Zawsze po wypiciu wody zgnieć butelkę, aby zapobiec sprzedaży uzupełnianej wody". Niestety, któraś z przekąsek zjedzonych w Mumbaju musiała być zdradziecka, bowiem rozpoczęła problemy jelitowe Oli, które trwały przez tydzień. Gdy wydawało się, że sytuacja jest opanowana, zaczęła kaszleć i dostała kataru. Trwało to aż do Jaipuru.

Jaipur zwany jest różowym miastem, ze względu na kolor zabudowy starego miasta

Fort bursztynowy górujący nad miastem



Typowa dla subkontynentu indyjskiego studnia, która jest zarazem rezerwuarem wody. By zaczerpnąć wody, należy przejść tysiącami schodów.
W drodze powrotnej mijaliśmy słonie chodzące po jezdni - Indie
Początek wizyty w Jaipur był typowy jak dla nas. Przejechaliśmy pociągiem nocnym, dojechaliśmy o piątej nad ranem, więc dla zabicia dwóch godzin, by przyjechać o przyzwoitej godzinie do hostelu, udaliśmy się do pobliskiej restauracji. Ruch jeszcze niewielki, większość pozycji w menu niedostępne, więc siedzieliśmy przy chai masala (hinduska herbata gotowana w mleku) i z naanem (chlebkiem), wpatrując się w raz po raz przebiegającego przez restaurację szczurka i karalucha. W pewnym momencie zostaliśmy zaczepieni przez lokalnego mieszkańca, który polecił nam co zobaczyć w mieście. Okazało się też, że jest kierowcą tuk-tuka. W końcu daliśmy za wygraną, zgodziliśmy się na podwózkę i pojechaliśmy z nim już do hostelu.
Pozwolono nam skorzystać z części wspólnej, dopóki nasz pokój nie będzie gotowy.  Lekko blada Ola położyła się na karimacie, mówiąc, że się źle czuje. Przespała do dziesiątej a, gdy otrzymaliśmy nasz pokój, poszła spać dalej. Po dwóch kolejnych godzinach postanowiła zmierzyć temperaturę – 40 stopni. Wszystkie objawy oczywiście zostały sprawdzone przez chorą u Dr Google pod kątem chorób tropikalnych – wysoka gorączka, problemy jelitowe i nieżyt górnych dróg oddechowych mogły sugerować dengę, której najbardziej obawialiśmy się w podróży.
Będąc w obcym kraju (i to w Indiach!) przy takich objawach Ola nie chciała czekać i najchętniej pojechałaby do szpitala, jednak postanowiliśmy najpierw poprosić o pomoc obsługę hostelu. Ci polecili nam lekarza, zaraz zorganizowaliśmy tuk-tuka i po dziesięciu minutach byliśmy w czymś, co według szyldu szumnie nazywało się szpitalem, a było małą przychodnio-apteką. Lekarz zobaczywszy nasze białe twarze, przepuścił nas przed kolejkę, by zbadać Olę. Całość odbywała się przy szeroko otwartych drzwiach i obecności kierowcy tuk-tuka. Prywatność? W tym kraju nie istnieje. Gdy lekarz powiedział, że to nie denga, a świńska grypa, Ola jeszcze bardziej się zdenerwowała, bo zdawała sobie sprawę z tego, że dengę można wyleczyć. A świńską grypę?
Co słyszeliście o tej chorobie? Pewnie kojarzy Wam się tylko z ofiarami śmiertelnymi, epidemią i izolatką. Taki dokładnie obraz pojawił się przed oczami Oli (i zapewne jej mamy, gdy po raz pierwszy powiedzieliśmy jej o diagnozie). Gdy lekarz przepisał leki i zalecił, by po 5 dniach, jeżeli objawy nie ustaną, zgłosić się do szpitala, Ola wpadła w osłupienie. Gdy wróciliśmy do hotelu, po pierwszym momencie paniki, zaczęliśmy szukać w internecie (wiadomo!) informacji na temat tej choroby. Okazało się, że świńska grypa w Indiach występuje sezonowo, jak w Europie „normalna” grypa i tak też jest tutaj traktowana. Owszem, może prowadzić do śmierci, ale głównie przez powikłania wynikające z nienależytego leczenia oraz głównie w grupach największego ryzyka, jakimi są dzieci, kobiety w ciąży oraz starsi ludzie.
Po pierwszych godzinach zażywania leków sytuacja się poprawiła, następnego dnia natomiast pojawiły się problemy jelitowe, gorączka przekroczyła 40 stopni i pojawiły się inne niepokojące objawy. Po konsultacji z lekarzem z Polski postanowiliśmy zgłosić się do szpitala, korzystając z naszego ubezpieczenia Euro26, czyli jedynego długoterminowego ubezpieczenia podróżnego, jakie było dostępne w rozsądnej cenie, kiedy wyjeżdżaliśmy. 
Byłam już zmęczona niekończącymi problemami żołądkowymi, a także realnie bałam się, że moja choroba mogła zostać zbagatelizowana przez lekarza pierwszego kontaktu. Tego dnia czułam się bardzo słabo ze względu na bardzo wysoką gorączkę i czułam, że powinnam udać się do specjalisty. ~ Ola
Z ubezpieczycielem w naszym imieniu kontaktowała się nasza mama w Polsce. Mimo, że ubezpieczyciel w Jaipurze nie miał umowy z żadnym otwartym w tej chwili szpitalem, to po pewnym czasie dostaliśmy dane szpitala, do którego mieliśmy się zgłosić. Cały proces przebiegł sprawnie – od pierwszej rozmowy z ubezpieczycielem do przyjęcia do szpitala minęły 3 godziny. Była wtedy już  północ. O czwartej w nocy, po wstępnych badaniach, Ola zasnęła w szpitalnej sali.
Gdy tylko dotarliśmy do szpitala i weszliśmy na izbę przyjęć, Ola od razu trafiła na łóżko, zaaplikowano jej 3 kroplówki i pobrano krew do badań. Lekarze podjęli decyzję o przyjęciu Oli na oddział… intensywnej terapii, gdzie była jedyną osobą na sali, która była w stanie samodzielnie wstawać do toalety. Została podpięta do sprzętu, który wyglądał bardzo poważnie - przez cały czas przypięta do mierzącego puls i rytm serca Holtera, dostawała też kroplówkę oraz leki dożylnie.
Nie wydaje nam się, że stan Oli był tak poważny, by nie mogła wstawać z łóżka lub by musiała być przez cały czas podpięta do aparatury medycznej. Zastanawiamy się, co wpłynęło na to, że została przyjęta na oddział intensywnej terapii – czy to, że jesteśmy turystami; czy to, że oddział ten był droższy od innych; czy to, że rzeczywiście stan Oli tego wymagał?
Mój pierwszy pobyt w szpitalu w życiu i to w Indiach! Trochę bałam się indyjskiego szpitala, biorąc pod uwagę wszystko, co widziałam w tym kraju przez poprzednie 3 tygodnie, jednak pobyt pozytywnie mnie zaskoczył. Cała obsługa – lekarze, pielęgniarki i pracownicy porządkowi obchodzili się ze mną jak z jajkiem, co chwilami graniczyło z absurdem. Znając historie z polskich szpitali, obawiałam się jedzenia, które dostanę, a tu – niespodzianka! Odwiedziła mnie pani doktor, która spytała o moje preferencje żywieniowe, o to, czy jem mięso, czego nie lubię. Co więcej, ze względu na problemy żołądkowe, otrzymywałam inne posiłki niż pacjenci, którzy takich problemów nie mieli. Jedzenie było pyszne (w końcu nie ostre!), a porcje były ogromne. Pewne elementy zaobserwowane na ulicach jednak zostały nawet w szpitalu - salowe rzucały papierki na podłogę, w łazience w kącie walały się śmieci, a podłoga była brudna. ~ Ola


Wychodząc pierwszej nocy ze szpitala, widziałem przynajmniej sto, jak nie dwieście osób śpiących jeden przy drugim, jak śledzie, na korytarzach i poczekalniach. A powrót do hostelu o czwartej w nocy przez miasto gwarantował scenografię jak z wojny. Wszędzie wojskowi z karabinami, połowa ulic zamknięta i z obstawą policji, palą się ogniska, ludzie śpią na ulicach. Może jakiś kataklizm? Może zamieszki? Ale nie! To po prostu Indie ~ Krzyś
Sam pobyt w indyjskim szpitalu był o tyle trudy, że przez całą dobę na oddziale intensywnej terapii, na którym leżało wraz z Olą 16 innych pacjentów, świeciło intensywne białe światło z jarzeniówek i był włączony telewizor z bollywoodzkimi piosenkami, więc noce, ze względu na miauczący śpiew, miarowy dźwięk maszyn pomiarowych i ostre światło lamp, były ciężkie i trudno było zasnąć. Po dwóch dobach w szpitalu, serii badań, kilkunastu kroplówkach, wielu lekach i wysłuchaniu setek bolywoodzkich piosenek, dolegliwości żołądkowe nareszcie ustąpiły, a choroba została zdiagnozowana jako ostre zapalenie żołądka i jelit.

"Baby, I'm back!" ~ Ola po wyjściu ze szpitala

Co robi samotny mąż w Indiach?

Bardzo podobało mi siedzenie siedem dni w tym samym miejscu. Codzienne wycieczki do okolicznych sklepów, budek z jedzeniem i sokami spowodowały, że lokalni mieszańcy mnie znali i zapraszali na herbatę, przekąski. Codziennie mijany uliczny fryzjer zaprosił mnie nawet na strzyżenie! - Krzyś



 
Pierwszego dnia pobytu Oli w szpitalu, Krzyś pomiędzy godzinami wizytacji spontanicznie postanowił udać się na Free Walking Tour. Ola za nimi nie przepada, a Krzyś je uwielbia, więc przynajmniej tyle dobrego z obowiązkowej rozłąki. Planowo wycieczka miała być po starym mieście, ale chyba tak jest w tym kraju, że nic nie może być prosto i pan na dosłownie chwilę przed umówioną godziną zmienił miejsce spotkania oraz jego zakres na spacer po bazarze.

Wiele ze starych budynków w małych uliczkach miało freski, choć niestety w bardzo słabym stanie

Pierwsze piętro jest oryginalne, z czasów budowy domu, a drugie dobudowane wiele lat później.
- Ech! - westchnąłem, wraz z pozostałą dwójka czekającą na przewodnika.
Mimo początkowych niesnasek, cała wycieczka była zbudowana na schemacie niczym fabuła w „Szachinszachu” Kapuścińskiego. Kolejne odwiedzane stoiska były pretekstami to opowieści. Gdy mijaliśmy suknie, pan opowiadał o zwyczajach ślubnych, dopowiadając przy każdym kolejnym sklepie następne fragmenty (zaproszenia, turbany, stroje męskie, ozdoby). Wchodząc na teren sklepów z dewocjonaliami opowieść zaczęła skupiać się na wymiarze duchowym i Hinduizmie. Widać było, że mam do czynienia z pasjonatem, gdyż zamiast planowanych dwóch godzin cały spacer trwał  ponad 4, z toną przekąsek, tradycyjnych herbat i deserów po drodze.
Większość przekąsek w Indiach jest podobna - za ostra, za tłusta i zawsze z soczewicy
Tradycyjne indyjskie lody zrobione ze skondensowanego mleka, zamrożone poprzez trzymanie go nad lodem

Na ulicach można znaleźć każdą usługę - od szewca do golibrody
W Jaipurze panowie młodzi noszą szal zrobiony z pieniędzy. Im ktoś bogatszy, tym z większych nominałów.

Świętowanie powrotu Oli

Gdy Ola poczuła się na tyle dobrze, by wyjść z hostelu, udaliśmy się na bollywoodzki film. Aby w pełni zanurzyć się w lokalnym klimacie film był w hindi, co nie przeszkadzało nam zrozumieć fabuły, bo była to głupia komedia w stylu "Głupi i głupszy" lub "Naga broń", a przez cały film powtarzanych było pięć tych samych gagów w rozmaitych konfiguracjach. Najciekawsze dla nas były reakcje widowni - jak tylko pojawiała się nowa gwiazda na scenie widownia szalała! Gwizdy, okrzyki radości, wiwaty - to była norma. Każdy „żart” kwitowany był salwą śmiechu, a sceny taneczne – aplauzem. Generalnie było dość głośno, bo nikt się nie krygował z jedzeniem i rozmowami, a niemowlaki płakały. Co ciekawe, w scenach tanecznych i chórkach tańczyły białe, skąpo ubrane kobiety. Równocześnie w filmie nie było scen bliskości między kobietą a mężczyzną, ani przemocy, i zamiast okładać się pięściami, gangsterzy w śmieszny sposób policzkowali się nawzajem... A, no i w połowie filmu była przerwa jak w teatrze, wraz z opadającą kurtyną.
Hol i kasa biletowa
Kurtyna powoli się odsłania
Fragment filmu zawierający policzkowanie

Fragment filmu zawierający śmiech widowni

Fragment filmu zawierający gwizdy i okrzyki radości widowni

W Udaipur nieoczekiwanie spotkaliśmy parę Niemców przemierzających świat na rowerach, z którą spotkaliśmy się również na irańskim promie z Bandar Abbas do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Mają oni zaskakująco podobna trasę jak my, odwiedzili te same kraje (oraz wszystkie wcześniejsze na trasie z Hamburga do Gruzji), jedynie przemieszczanie zajmuje im znacznie więcej czasu. W Jaipurze, z powodu naszego przestoju, znów nas dogonili, co umożliwiło umówienie się na piwo. Niestety, jedyny bar jaki znaleźliśmy był piwniczną speluną, gdzie każdy klient był typem spod ciemnej gwiazdy. Wejście było w ślepym zaułku, od samych drzwi czuć było intensywny zapach moczu, przyciemnione światło nie pozwalało dokładnie rozejrzeć się po sali. Wybraliśmy miejsce na uboczu, by dziewczyny nie rzucały się w oczy - w Indiach kobiety nie piją publicznie. W związku z tym w barowej toalecie był tylko pisuar (z którego Ola także skorzystała – jak? Sami ją spytajcie!).
Wieczór mijał nam bardzo miło na rozmowach o podróżach, wymianie doświadczeń i opowieściach o tym, co zrobimy, i przede wszystkim, co zjemy jak wrócimy do kraju (to stały temat w rozmowach podróżników). Z każdą kolejną godziną gwar w barze był coraz większy. W pewnym momencie dyskusja między klientami przerodziła się w ordynarną kłótnie, i choć nie rozumieliśmy słów, wiedzieliśmy, że sprawa jest poważna. Nagle dwójka z kłócących się mężczyzn zaczęła się bić. 
Ekstra! Jeszcze nigdy nie widziałem bijatyki w barze! ~ Krzyś
Po chwili kłótnia uspokoiła się i na parę sekund zapanowała cisza. Niespodziewanie przerwał ją huk roztrzaskiwanej o stół butelki, której części poszybowały w naszym kierunku.
Był to dla nas sygnał do wyjścia. Tylko jak, skoro bili się przy drzwiach? Po odczekaniu chwili i wycofaniu się do przeciwległej ściany, wykorzystaliśmy spokojniejszy moment i z pomocą barmana przeszliśmy, niczym w filmie, przez bar, ku drugim schodom i tylnemu wyjściu.  Kręte schody, ukryte na tyłach speluny, zaprowadziły nas na poziom zero, do pomieszczenia, które okazało się być ekskluzywnym lokalem z koktajlami! Zostaliśmy tam na jeszcze jedno piwo, by odsapnąć po przeżyciu hinduskiej bijatyki.
Brama wjazdowa do najważniejszego zabytku Jaipuru - pałacu miejskiego


Piękne bramy w pałacu miejskim




"Weź się wyprostuj!" ~ Ola
Oprócz wszelkich emocji i długiego pobytu w Jaipurze, miasto okazało się być bardzo ładne i posiadać dużo zabytków. Szczególnie podobał nam się Pałac Miejski i Pałac Wiatrów. Mogliśmy wykorzystać dni rekonwalescencji Oli nie tylko na leżenie plackiem i pisanie bloga, ale również na aktywnym zwiedzaniu. Ani jednego dnia się nie nudziliśmy! Może ze względu na to, że wciąż jest tyle do odkrycia i tak ciężko jest usiedzieć na miejscu, jesteśmy aż 2 miesiące do tyłu z blogiem?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Karabon voyage , Blogger