czwartek, 16 stycznia 2020

Wietnam, czyli kraj pięknych widoków, arcy-smacznej kawy i tysięcy skuterów

Od początku podróży Wietnam był na liście krajów, które chcieliśmy zobaczyć. Polecany przez wszystkich, którzy odwiedzili to państwo, zachęcał dalekowschodnią kulturą i zapierającą dech w piersiach przyrodą. Północ kraju zdecydowanie przewyższyła nasze oczekiwania, a miasta zalały nas morzem skuterów, ludzi i zapachów, wietnamskie jedzenie i kawa zaś na pewno znajdą się w czołówce kulinarnych doznań z podróży.





Do Wietnamu wjechaliśmy autobusem z Laosu i na dworcu wpadliśmy w sidła naganiaczy oferujących autobus do Sa Pa. Nie była to miejscowość, do której planowaliśmy pojechać, jednak leżała na trasie do Ha Giang, gdzie już zamierzaliśmy się udać. Po krótkiej, aczkolwiek intensywnej wymianie zdań, zdecydowaliśmy się wsiąść. Krzysiek nie chciał jechać autobusem, tylko stopować, jednak Ola nie chciała jechać do Ha Giang przez trzy dni.


Woły to nasze ulubione zwierzęta w podróży - wielkie, majestatyczne i obojętne na wszytko wokół
Tak jak się spodziewaliśmy, miejscowość Sa Pa był turystyczna do szpiku kości. Jak tylko wysiedliśmy z pojazdu, „zaatakowały” nas osoby, chcące nas zaprosić do swojego hotelu bądź przewieźć nas za drobną opłatą gdzie tylko chcemy – i wszyscy byli w tym nie ustępliwi! My jednak, wraz z parą poznaną na laotańskiej łódce, nieugięcie odmawialiśmy, bo byliśmy pieruńsko głodni i niczym postaci z gry „The Sims”, nieczuli na wszystkie inne potrzeby, chcieliśmy przede wszystkim porządnie zjeść (i przy okazji w spokoju poszukać rozsądniejszych ofert w internecie). Wchodząc do pierwszego lepszego miejsca trafiliśmy na najlepszą kawę, jaką piliśmy w życiu i już wiedzieliśmy, że Wietnam będzie dobry!




Okolice Sa Pa, które zwiedzaliśmy kolejnego dnia, były ładne, jednak mimo wybrania trasy przez używane ogródki działkowe (w wersji wietnamskiej - tarasowo zbudowane i co do ostatniego centymetra zagospodarowane intensywnie pachnącymi ziołami i świeżym, jasno zielonym ryżem), nie zachwyciliśmy się tak, jak opiewały to pieśni pochwalne, jakie słyszeliśmy o tym mieście od naganiaczy, nawet pomimo tego, że na trasie nie widzieliśmy żadnego turysty (jak często widuje się turystę na ogródkach działkowych?). Za to wracając przez małą miejscowość zamieszkałą przez górską mniejszość etniczną czuliśmy się jak na Krupówkach – stoisko przy stoisku, na których sprzedawane są góralskie kapcie, tym razem w wersji wietnamskiej, a każdy sprzedawca w stroju ichniejszych górali. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość - w tradycyjnych strojach uprawiano również pola w miejscach nieturystycznych.
Bambusy są niesamowite! Tak lekkie, rosną szybko i wysoko - nie dziwota, że są używane do wszystkiego

Motorem przez świat

Jeszcze przed wjazdem do Wietnamu wiele słyszeliśmy o legendarnej pętli Ha Giang – kilkuset kilometrowej trasie przez góry. Ponoć to najlepsza rzecz, jaką w Wietnamie można przeżyć. Długo zastanawialiśmy się, czy jest to dla nas i czy damy radę przez cztery dni jeździć na motorze. Oglądaliśmy relacje z pętli znajomych i ostatecznie, ze względu na obietnicę zobaczenia Wietnamu w najpiękniejszym, górskim wydaniu, zdecydowaliśmy się spróbować.

Pierwszym krokiem było wypożyczenie motoru, ogarnięcie miejsca na zostawienie zbędnych rzeczy i uniknięcie kontroli policji,  które wraz ze wzrostem popularności przejazdu pętli przez turystów stały się regularne na tej trasie. Droga jest trudna, a większość turystów nie ma doświadczenia w jeździe na motorze (w tym my, nawet nie mamy prawa jazdy na skuter), często też wymuszają łapówki. Jak można było się spodziewać, w Ha Giang, czyli najbardziej popularnym miejscu rozpoczęcia trasy, znajduje się mnóstwo miejsc wypożyczających skutery i motocykle, doradzających jaką trasę wybrać w zależności od ilości dni do dyspozycji i jak uniknąć kontroli policji. My zdecydowaliśmy się na skuter półautomatyczny, czyli taki, w którym trzeba zmieniać biegi, ale nie ma sprzęgła i ruszyliśmy na motocyklową przygodę.





Pierwsze godziny jazdy były stresujące z powodu ciągłej konieczności zmiany biegów, tym bardziej, że pierwszą przełęcz przejeżdża się już w trakcie pierwszej godziny pętli. Krzyś jednak szybko opanował jazdę i już po chwili mknęliśmy przez wietnamskie góry niczym w konnym rydwanie.

Nie ma takiej ilości rzeczy, której nie dałoby się zapakować na azjatycki skuter
Nasze ulubione drzewo na trasie - nazwaliśmy je drzewem parasolowym, bo zawsze wystawało ponad poziom lasu i miało wielkie liście, niczym parasol
Na trasie trzeba było sobie dogadzać - tu lody kokosowe w łupinie kokosowej
Mrożona herbata ze skondensowanym mlekiem
Miasta na trasie, w których sugerowano noclegi, byłby dużo większe, niż zakładaliśmy. Spodziewaliśmy się raczej małych wiosek, do których rzadko zagląda turysta (o jak bardzo się pomyliliśmy!), a okazało się, że można w nich było bez problemu znaleźć supermarket, bankomaty, restauracje, hostele, hotele i całe mnóstwo zachodnich przyjezdnych.





Mięsny o nazwie "Make-Up"? Czemu nie!
Jadąc skuterem mijaliśmy chatki ulokowane na naskalnych półkach, wśród gór i przełęczy, kilkuletnie dzieci niosące wielokilogramowe worki z ziarnem, staruszki na polach ścinające od świtu do zmierzchu plony, matki wracające z pól z niemowlakami w chustach na plecach i gromadką swoich starszych dzieci idących wokół nich. Ludzie żyjący w tamtych rejonach ciągle ubierają się w tradycyjne stroje, dlatego kobiety, które widzieliśmy, zazwyczaj ubrane były w kolorowe rozkloszowane spódnice, zwisające z uszu kolczyki i ocieplające getry przydające się w górskim klimacie. Na całym pokonanym przez nas dystansie widać było ogromną biedę. Dzieci w większości pracują w polu i tylko niektóre z nich chodzą do szkoły – ciężko się temu dziwić, ponieważ często jest oddalona od ich domów o kilkanaście kilometrów - a mogą się dostać do niej jedynie na piechotę. 


Widoki, tak jak obiecywano, były najpiękniejsze w całym Wietnamie. Nie umywa się do nich przereklamowana Sa Pa, zalane turystami Ha Long Bay, czy którekolwiek z wietnamskich miast. Widoki zachwycają, a wysokości zapierają dech w piersiach. Jest to najlepsza rzecz, jaką zrobiliśmy w Wietnamie i jedno z najlepszych wspomnień z całej naszej podroży. Być może dlatego, że były to nasze małe „wakacje od wakacji”. Nie wzięliśmy ze sobą komputera, nie pisaliśmy bloga, nie obrabialiśmy zdjęć ani nie spędzaliśmy czasu na telefonach. To był naprawdę piękny i wartościowy dla nas czas. Szczególnie miło wspominamy jeden nocleg, w którym mieliśmy okazję zjeść kolację wspólnie z rodziną i bliżej porozmawiać.
W podróży mimo spędzenia całego dnia ze sobą, siedem dni w tygodniu, przez 365 dni w roku, mało tak naprawdę spędza się wartościowego czasu razem na pogłębionych rozmowach. Nie ma randek, nie ma wyczekiwanych chwil i schadzek. Jest za to dużo roboty, bo ciągle coś robimy: bloga, zdjęcia, prowadzimy FB, IG, a jak nie, to to trzeba czytać o kolejnych miejscach, szukać co zobaczyć, szukać miejsca do spania... ~ Krzysiek


Po drodze widzieliśmy sporo zachodnich turystów, którzy, jak my, postanowili przejechać pętle. W niektórych miejscach mijaliśmy głównie ich, ale nie było ich tyle, by nam to przeszkadzało. Z reguły szybko nas wyprzedzali, a z częścią spotykaliśmy się po drodze na większości punktów widokowych. 



Ciekawą obserwacją był fakt, że góry były zagospodarowane od podnóży, praktycznie do samego szczytu. Wysiewano na nich kukurydzę i inne rośliny, często przeznaczane na paszę dla bawołów. Nawet jeżeli góra była bardzo skalista, to pomiędzy głazy wciskano minipoletka, które zasiewano, mimo, że miały zaledwie po parę metrów kwadratowych. Wszystkie prace wykonywane były ręcznie, ale jak w takich warunkach mogłoby być inaczej? Nie wyobrażamy sobie, by zmieścił się jakikolwiek kombajn czy traktor. 
Całe zbocza pokryte były skałami, a gdziekolwiek była ziemia, tam uprawy
Sama droga zaskoczyła nas swoją dobrą jakością, ale było kilka odcinków, gdzie asfalt co kilka metrów przeplatał się z wyboistą kamienną drogą. Czwartego dnia mieliśmy najdłuższy dystans do przejechania i najgorszą pogodę. Ostatnie 50 km przejechaliśmy w deszczu, pelerynach i z duszą na ramieniu (minęliśmy dwa śmiertelne wypadki), jednak Krzyś wspaniale sobie poradził. 
Taka pogoda była o poranku ostatniego dnia. Później było tylko gorzej
Prowadząc motor po górach, z prognozą na deszcz, bez prawa jazdy, ryzykując nie tylko swoim życiem, ale również życiem mojego największego skarbu, byłem bardzo zestresowany. Szczególnie trudne były trzy momenty:
  1. Początek, kiedy próbowałem opanować nieznaną mi sztukę zmieniania biegów w motorze.
  2. Zaraz po upadku , gdy wielkim szczęściem nic sobie nie zrobiliśmy. Wtedy uwierzyłem, że to niebezpieczne, bo gdyby cała sytuacja miała miejsce 10 m dalej, mogłoby się skończyć o wiele gorzej.
  3. Ostatni dzień, kiedy do przejechani mieliśmy więcej niż kiedykolwiek, a pogoda nie okazała się dla nas życzliwa. Niewielka widoczność, a do tego chmury nie skąpiły nam deszczu od rana. Byłem cały przemoczony i mimo ubrania na siebie wszystkiego co miałem, trząsłem się z zimna. Przypominało mi to wycieczkę rowerową z Wrocławia nad morze odbytą razem z Tatą i Wujkiem, kiedy niespodziewanie w maju spadł śnieg,
~ Krzysiek

Jak zostaliśmy nauczycielami angielskiego

Gdy tylko wysiedliśmy w Ha Noi, wiedzieliśmy, że to nie będzie miłość od pierwszego wejrzenia! Ba! Co najwyżej będzie to tolerancja z przymusu. Było głośno, tłoczno, mieliśmy problem z przejściem przez ulicę z powodu ruchu jeszcze większego i bardziej nieuporządkowanego, niż w Teheranie czy Indiach. Do tego chaos reklamowy, urbanistyczny i wszystko najgorsze, co można sobie wyobrazić dla miasta. A jest to ogromna metropolia. Dodatkowo nasz gospodarz na CouchSurfingu nie okazał się spełnieniem naszych marzeń – była to domowa szkoła angielskiego, w której przyjezdni goście „odpracowywali” swój nocleg prowadząc konwersacje z uczniami. Może to i dobrze, że prowadziliśmy zajęcia (wraz z pozostałymi trzema gośćmi), bo ich nauczyciel, a nasz gospodarz, robił pełno błędów. Z drugiej strony swego czasu w Polsce szkoły angielskiego również przyjmowały każdego native speakera jako nauczyciela, choć często ich kompetencje były wątpliwe. Można się również zastanowić, na ile wyręczanie w nauczaniu jest dobre, szczególnie w formie dłuższych wolontariatów - nie pozwala to kształtować się lokalnej kadrze nauczycielskiej, wolontariusze rzadko mają jakiekolwiek przygotowanie do nauczania oraz szybka rotacja nie sprzyja nauce, ponieważ każdy ma inny styl nauczania i uczniowie przywiązują się do nauczycieli.





A samo miasto? Naszego początkowego wrażenia nie zmieniła parokrotna wizyta w zabytkowym centrum. Trzeba jednak oddać, że mieliśmy okazję porozmawiać z wieloma Wietnamczykami w czasie tych trzech dni, co zawsze w podróży jest ciekawe, bo pokazuje nowe perspektywy i pozwala lepiej zrozumieć kulturę danego kraju.



Spotkanie z blogerami poznanymi przez Internet

Co jest najbardziej znaną wizytówką Wietnamu? Z pewnością będzie to zatoka Ha Long. Słyszeliśmy o wspaniałych widokach, skałach wystających z wody i niezapomnianych wrażeniach, więc jak moglibyśmy coś takiego pominąć?



Planowaliśmy wypłynąć na wycieczkę z wyspy Cat Ba, która okazała się niesamowicie turystycznym kurortem, ale jak można się temu dziwić, jeżeli zatokę odwiedza około 5 milionów (!) turystów rocznie? Nie przyjechaliśmy jednak dla miasta, a widoków. W Cat Ba spotkaliśmy się z „Parą na walizkach” (IG, FB, YT), parą z Polski, którzy podobnie jak my rzucili pracę, by podróżować. Wspólnie spędziliśmy bardzo miłe trzy dni, wymieniając się doświadczeniami z podróży i wreszcie rozmawiając z kimś innym, poza sobą nawzajem, po polsku. Będąc w „podróżniczym” środowisku zdaliśmy sobie sprawię jak wiele jest par, które decydują się podróżować i zbierać doświadczenia zamiast rzeczy.  Świadczy to zarówno o zmianie sposobu myślenia u młodych ludzi, jak też o tym, że ludziom w Polsce powodzi się dobrze, skoro coraz więcej osób może sobie pozwolić na porzucenie pracy. 
Marysia i Bartek, czyli Para na Walizkach (IG, FB, YT) i my!
Marysia i Bartek z Pary na Walizkach (IGFBYT) w zatoce Ha Long
Marysia i Bartek z Pary na Walizkach (IGFBYT) w zatoce Ha Long

Wspólnie wyjechaliśmy na całodzienną wycieczkę łódką, która (co nas zaskoczyło) spełniła większość naszych oczekiwań! Było pływanie kajakiem, wegetariański obiad, dzika plaża, skakanie ze statku, pływanie i niezłe widoki, jednak nie jesteśmy pewni czy wpłynęliśmy do zatoki Ha Long, czy sąsiedniej - zatoki Lan Ha. Według jednej mapy tak, według innej nie. Widoki były naprawdę niezłe, jednak nie przebiły tego, co widzieliśmy na północy Wietnamu jadąc motorem. 

W zatoce znajdują się całe osiedla na wodzie

Najpiękniejszy punk widokowy Wietnamu

Okolice Ninh Binh słyną z zapierających dech widoków – Trang An, czyli jeden z najpiękniejszych punktów widokowych w Wietnamie. W tej okolicy zielone pola ryżowe ciągną się po horyzont, a wysokie skały wyrastają z nich w najmniej oczekiwanych momentach. Z jednej z takich wysokich skał można obserwować malowniczy widok na dolinę rzeki, otoczoną polami ryżu i skałami. Spodziewaliśmy się spotkać tam o wiele większych tłumów. Wydaje się jednak, że 500 stopni schodów, które trzeba pokonać w drodze na szczyt odsiewa niektórych śmiałków. 


Tak rośnie ryż, który jest ręcznie sadzony 
Po wstępnym ususzeniu i młóceniu, ryż jest suszony na ulicy
Suszący się ryż
Praktycznie:
Jeżeli wybieracie się w okolice Ninh Binh, to polecamy zatrzymać nie w samym Ninh Binh, a w Tam Coc. Panuje tam przyjemna małomiasteczkowa atmosfera, jedzenie dostępne jest na każdym kroku, a od punktów widokowych dzieli rzut beretem. My tak nie zrobiliśmy i później mieliśmy problem by nawet wynająć skuter, czy znaleźć coś do jedzenia.







Park Narodowy Phong Nha-Kẻ Bàng

Po środku Wietnamu znajduje się Park Narodowy Phong Nha-Kẻ Bàng, słynący z najdłuższej jaskini świata. Ponieważ znajduje się po środku niczego, postanowiliśmy dostać się tam autobusem nocnym, który był ciekawy sam w sobie. Zamiast siedzeń, miał 40 wpółleżących miejsc, ustawionych w trzech rzędach i dwóch poziomach. W korytarzu na ziemi leżały te osoby, które nie miały szczęścia i były ostatnie w kolejce do autobusu. Tak jak się spodziewaliśmy, było dość głośno i zapomniano wyłączyć światła w nocy, a po paru godzinach jazdy (o pierwszej w nocy) autobus zatrzymał się na przerwę obiadową. Co znamienne dla Wietnamu, każdy autobus, którym jechaliśmy miał taką półgodzinną przerwę, w trakcie której zatrzymywał się w restauracji, by można było zjeść noodle soup. Wyobrażacie sobie, by autobus pomiędzy Wrocławiem a Warszawą zatrzymywał się na półgodzinną przerwę?

Przed wejściem był obowiązek zdjęcia butów, a na przerwę proponowano "publiczne" klapki, pamiętające tysiące pasażerów
Wizyta w parku narodowym była przyjemna, choć gdy weszliśmy do jaskini Paradise, była pełna głośnych i przepychających się turystów (nie wybraliśmy Phong Nha, czyli najdłuższej na świecie, ponieważ wyprawa do niej zajmuje siedem dni i kosztuje trzy tysiące dolarów. Zawiera dwudniową wędrówką przez dżunglę w jedną stronę, gdyż na miejsce nie prowadzi żadna infrastruktura oraz dwa noclegi w jaskini). Na nasze szczęście tłok szybko zelżał i powrót przebiegał pośród względnej ciszy. Jaskinia była ładna, ale Jaskinia Niedźwiedzia lepsza!

Poza atrakcyjną jaskinią, bardzo podobała nam się sama trasa motorem przez góry i dżunglę. Lasy pokryte były kożuchem z rośliny, która akurat kwitła na żółto. Po drodze wstąpiliśmy do ogrodu botanicznego, który okazał się być łatwą ścieżką dydaktyczną po dżungli, doprowadzającą do małego wodospadu. 

Opuszczony park wodny w Hue

O Hue, starej stolicy Wietnamu, słyszeliśmy głównie w kontekście opuszczonego parku wodnego. Ponoć jeszcze kilka lat temu żyły w nim krokodyle! Teraz można zwiedzać rozpadającego się smoka i zarastające baseny i zjeżdżalnie. Po odwiedzeniu go, wiedzieliśmy czemu upadł. Naprawdę był niewielki i oferował nieznaczne atrakcje. Zjeżdżalni było kilka i raczej niewielkie, a dystanse między atrakcjami ogromne. Jest to jednak popularne miejsce wśród backpersów, którzy szukają miejsc poza utartym szlakiem, dlatego spotkaliśmy tan wlepki Podróżuj z Pomponami (IG, FB, YTBlog), Podróży Odbytej (IG, FB, YT, Blog),  Couple Away (IG, FB, YT, Blog).



Turystyczna Mekka Wietnamu

Miasto Hoi An słynie z lampionów i szycia ubrań na miarę i tak też zapisze się w naszej pamięci. Lampiony znaleźć można na każdej ulicy historycznego centrum miasta, a w nocy rozpalają się tysiącami kolorów, także tymi leniwie spuszczanymi wzdłuż rzeki. Samo miasto jest niezwykle urokliwe – wszystkie budynki są spójne architektonicznie i są pomalowane na słoneczny, żółty kolor. Miasto może się podobać, jednak takiej liczby turystów nie widzieliśmy od czasu Taj Mahal. W centrum trudno było przejść, bo było tak zatłoczono, jak na koncercie rockowym. Lampiony puszczane na okolicznej rzece spalają się na jej powierzchni i ich pozostałości niestety nikt nie sprząta. Te które unoszą się w górę, ostatecznie muszą gdzieś spaść. Jakkolwiek były urocze, to jednak wierzymy, że czasem należy odpuścić niektóre atrakcje, które nie są dobre dla środowiska.



Normą w Wietnamie są rodziny całe ubrane w ten sam materiał - widać to szczególnie w Hoi An, gdzie szyje się wiele i tanio na indywidualne zamówienie
Prowadząc bloga usłyszeliśmy parokrotnie, że powinniśmy nie skupiać się na negatywach, a pozytywach. Że celowo szukamy złych rzeczy w miejscach, w których jesteśmy. Że to źle, że jakiś kraj nam się nie podoba i to nasza wina, że powinniśmy przymknąć oczy na biedę, brud, zanieczyszczenia, złe traktowanie ludzi czy zwierząt. Ale czemu nie mówić o okropieństwach, które dzieją się na świecie?

Wydaje nam się, że co do zasady nie skupiamy się ani na tym, co pozytywne, ani na tym, co negatywne, starając się obserwować wszystko, co dzieje się wokół nas, analizujemy dość wnikliwe (w końcu takie mamy wykształcenie), staramy się szukać przyczyn i rozwiązań. A przede wszystkim chcemy sami zobaczyć i pokazać Wam świat taki, jaki jest naprawdę - nie jest on tylko piękny lub okropny, jest różnoraki, ma wiele barw i wiele ich odcieni.


Wreszcie trochę chłodu

Czy można mieć dość upałów? My zdecydowanie mieliśmy już ich dość po paru miesiącach w Azji Południowo-Wschodniej i gdy mieliśmy do wyboru dwie potencjalne trasy do Ho Chi Minch, postanowiliśmy postawić na to, które było nam odradzane z powodu niskiej temperatury dwudziestu sześciu stopni. Oj, jaka przyjemna ulga!


Szalony dom, to po prostu dom z nietypową architekturą, od początku stworzony jako atrakcja turystyczna i trasą widokowa wiodącą przez niego, od dachu do piwnic
Tu trasa widokowa wiodąca po dachu
Wnętrze sali balowej

Wnętrze pubu-labiryntu

Wielu atrakcji poza temperaturą miasto Da Lat nie dostarczało, jednak nadal nam się podobało. Odwiedziliśmy wielki wodospad, szalony dom i bar urządzony w labiryncie, jednak miasto zapamiętamy głównie z restauracji, w której zjedliśmy wspaniałe sajgonki. Dostaliśmy papier ryżowy i pełno dodatków. Sajgonki należało samodzielnie złożyć według uznania – zamoczyć papier ryżowy, dołożyć zioła, tofu, warzywa i dokładnie zawinąć. Być może spodobało się nam to tak bardzo z powodu efektu Ikea? Być może, dlatego gdybyśmy kiedyś w przyszłości mieli restaurację, skorzystamy z tego pomysłu!

Sajgon w Sajgonie

Ostatnim przystankiem na naszej wietnamskiej trasie było największe miasto kraju – Ho Chi Minch (dawniej Sajgon). Po wygranej przez północ wojnie, nazwa stolicy południa, wspieranego przez USA - Sajgon - została zastąpiona nazwiskiem przywódcy północy. Jest to też rejon delty Mekongu, który jest prawdziwym spichlerzem – ryż zbierany jest tu trzy razy do roku, co umożliwia Wietnamowi bycie drugim największym eksporterem ryżu na świecie i siódmym konsumentem tej rośliny.

Do stolicy przyjechaliśmy późnym wieczorem i przespacerowaliśmy się parę kilometrów do naszego hostelu, mijając sterty śmieci, karaluchy i uliczne knajpki na prędko złożone z plastikowych krzesełek i świeżego piwa (pyszne i tanie!). Miasto obfitowało w istny sajgon i nie dziwimy się, że w języku polskim jest to synonim chaosu – wszędzie auta, reklamy, ludzie, wszystko! Hostel, w którym się zatrzymaliśmy, był jednym z gorszych, w jakich byliśmy. Nie chodzi nawet o to, że był tak brudny, jakby od nowości nie widział mopa, ani o to, że obsługa codziennie robiła w części „wspólnej” głośną imprezę, a rano wszystko intensywnie pachniało przetrawionym alkoholem, ale o to, że śniadanie miało być w cenie, a nie udało się o nie doprosić. Codziennie mówiono nam inne godziny wydawania posiłku, jednak i tak do godziny 12 nikogo nigdy nie było z obsługi. Próbowaliśmy się wykłócać, ale sprawa była od początku przegrana – zapłaciliśmy z góry, a obsługa niezbyt mówiła po angielsku.


Naszym problemem co kraj, było pisanie kartek. Kupowaliśmy je już w pierwszym tygodniu, wypisywaliśmy ostatniego dnia

Wojna jako magnes turystyczny

Nasze zwiedzanie miasta obfitowało w pamiątki po wojnie w Wietnamie. Ich obfitość prawdopodobnie wynika z tego, że rząd stara się na mniej stabilnych rejonach przypomnieć o swojej dobroci. Najpierw poszliśmy do bardzo ciekawego muzeum poświęconego wojnie. Złożone było z tysięcy fotografii respondentów wojennych po obu stronach konfliktu opatrzonych stosownym (i stronniczym) komentarzem. Całość wystawy skupiona była na losie ofiar i dewastacji natury, lecz pominięto wielką politykę, więc nie dowiedzieliśmy się z niego czemu właściwie USA zaangażowało się w ten konflikt (na szczęście wiedzieliśmy to z historii w przewodniku).

Inną „atrakcją” były tunele Củ Chi, w których Viet Cong (partyzancka armia walcząca po stronie Północy), żyła i z których korzystała do walki. Ogromny kompleks malutkich tunelów, do których ledwo mogliśmy się wcisnąć, ciągnący się na wiele kilometrów służył w wojnie przez siedem lat. W każdej chwili armia przeciwnika mogła zostać zaskoczona, otoczona czy napadnięta. Nie tylko tworzyło to przewagę taktyczną, ale również wielce zaniżały morale przeciwników.
Gdzie jest wejście?
Na samym środku!
Już po godzinie przechadzki po tunelach bolały nas plecy i kolana. Cześć z nich była tak wąska, że zahaczaliśmy biodrami o obie ściany tunelu. Były też bardzo przemyślanie zbudowane, z zakrętami, ślepymi zaułkami, pułapkami, wentylacją zamaskowaną jako kopce termitów na zewnątrz, kominami oddalonymi o wiele metrów od wejść do tuneli. Całość została tak zrobiona, że nie da się ich zauważyć, gdy się o nich nie wie.
Otwór wylotowy z kuchni, która znajdowała się 10-20m dalej

Pożegnanie z Wietnamem

Wietnam był krajem, który bardzo się nam spodobał, szczególnie zapamiętamy północ tego kraju z naszą wycieczką motorem przy granicy chińskiej. Zakładamy jednak, że gdybyśmy zwiedzali ten kraj w drugą stronę, bez takiego tupnięcia jakim była pętla motorem, nie mielibyśmy tak pozytywnych wrażeń – jednak pierwsze wrażenie jest najważniejsze.


Wietnam w pigułce, czyli nasze rekomendacje doświadczeń, miejsc, kuchni:


Co zjeść lub spróbować:
Kawa - w każdym miejscu, od porządnych restauracji (a byliśmy dwa razy w takiej!), po speluny (w tych bywaliśmy znacznie częściej) była przepyszna. Nawet Ola, która jest przeciwniczką picia kawy, decydowała się na nią codziennie! Z reguły podawana jest ze słodzonym, skondensowanym mlekiem, jednak czasem było to żółtko jajka
Banh mi - pozostałość po francuskim kolonializmie. Bagietka z dodatkami (często pasztetem lub jajkiem i tofu), dostępna na każdym rogu. Często wybieraliśmy je na obiad z jajkiem sadzonym i warzywami. Ulubione danie Oli (oczywiście w wersji bezmięsnej - niestety nie zawsze rozumiano idee wegetarianizmu, więc zdarzało się, że dodawano nam niechciany pasztet)

Sajgonki - pychotka! Warzywa i tofu zawinięte w papier ryżowy, często podawane z pysznym sosem. Najlepsze, gdy samemu można było je złożyć wedle uznania z podanych składników – zamoczyć papier ryżowy, dołożyć zioła, tofu, warzywa i dokładnie zawinąć
Noodle soup (pho) - ulubione danie Krzysia. Tradycyjna zupa chińska (Wietnam był ponad 1000 lat pod butem chińskim), w smaku trochę podobną do naszego rosołu, ale znacznie ostrzejsza i podawana z makaronem ryżowym. 
Dodatki do zupy, które można dodać wedle uznania
Zielona herbata - na każdym rogu w Wietnamie przesiaduje grupka ludzi na malutkich dziecięcych krzesełkach, popijając zimną, mocną zieloną herbatę. Gdy się do nich przysiądzie, zawsze spróbują zagadać
Tapioka z posypką z orzeszków ziemnych, brązowego cukru i kokosa - to danie jadane było przez żołnierzy Viet Congu w czasie wojny w Wietnamie, gdy brakowało innego jedzenia. Mieliśmy okazję spróbować go w tunelach Cu Chi i było zaskakująco smaczne
Bia hoi - młode piwo, niepasteryzowane świeżo zrobione. Smaczne, dostępne w każdym mieście na grosze


Co zrobić i zobaczyć:
Pętla motorem wokół Ha Giang - zdecydowanie najlepsze wspomnienie z Wietnamu i jedno z najlepszych w całej naszej podróży.
Ninh Binh - jedno z najpiękniejszych miejsc w Wietnamie, "Ha Long" na lądzie. Dla nas zdecydowanie wygrywa z Ha Long!
Tunele Củ Chi - dają ciekawy wgląd w to, jak wyglądało życie w czasie wojny wietnamskiej.

Garść statystyk:

  • O kraju:
    • Mieszkańców (w tym w stolicy): 96mln (8mln / 8,3%) [A][B]
    • PKB per Capita PPP (ile % Polski aktualnie / kiedy było takie w Polsce): 7,4k$ (24% / 1995)[C] 
    • Rekord w swojej kategorii: ilość wypitych kaw! Codziennie przynajmniej jedna
  • O naszej podróży:
    • Ilość stopów / ilość kilometrów nimi przejechana:  0/0
    • Ilość nocy w namiocie/w gości/w hostelu / w transporcie: 0 / 3 / 22 / 2



[A] https://www.google.com/search?q=Vietnam+population
[B] https://www.google.com/search? q=hanoi+population
[C] https://data.worldbank.org/indicator/NY.GDP.PCAP.PP.CD?locations=PL-VT

2 komentarze:

  1. Piękne zdjęcia... Wietnam będzie na naszej trasie, chyba najcudowniejsze są te góry! ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo nam miło, dziękujemy! Wietnam polecamy, północny najbardziej. Koniecznie zróbcie pętle Ha Giang, przynajmniej 3 dniową <3

      Usuń