niedziela, 29 września 2019

Filipiny autostopem i skuterem, czyli raj na ziemi


Na Filipinach widoczny jest wpływ kolonializmu, który ukształtował kraj w stopniu, jakiego jeszcze nie doświadczyliśmy. Historia kraju, którą opowiadają zarówno mieszkańcy, Wikipedia i przewodniki zaczyna się od Magellana (to tu, na wyspie Cebu, Magellan zginął z rąk wodza Lapu-Lapu), a dalsze jego losy to przechodzenie z rąk do rąk kolejnych okupantów. Każde z rządzących tym terenem mocarstw zostawiło coś swojego, co nierozerwalnie wrosło w tkankę kraju. Po Hiszpanii zostały imiona, nazwiska, nazwy i brzmienie języka (na Filipinach nie ma jednego filipińskiego – podobnie jak w Indiach, każda wyspa, każdy region posługuje się własnym odmiennym dialektem). Po USA, mimo okupacji przez jedynie 26 lat, oficjalnym językiem został angielski, w nim jest spisane prawo (co nie oznacza, że większość osób w nim mówi) oraz zamiłowanie do koszykówki. Na każdym rogu widać grające w kosza osoby, w każdej miejscowości jest parę sporych boisk z zadaszeniem, trybunami i oświetleniem (dotowanych przez rząd, więc wszystkie wyglądają tak samo).
W czasie lotu wyglądało to znacznie lepiej! Wszędzie wysepki, dramatyczne chmury i czerwone niebo
Filipiny przywitały nas dwojako – turbulencjami i burzami za oknem samolotu oraz najpiękniejszym wschodem słońca jaki widzieliśmy (właściwie Ola, bo Krzyś co chwilę zasypiał). Na wyspy lecieliśmy przez całą noc i prawie w ogóle nie spaliśmy z powodu przesiadki w Manili między 2 a 4 w nocy.

Dokładnie takie mieliśmy skojarzenia z Filipinami - rajskie plaże, piękna woda, dobra pogoda i wszędzie palmy
Nasz pierwszy przejazd na Filipinach był autobusem, który gdy już wsiedliśmy miał zmieniane koło i generalnie naprawiany, co spowodowało, że czekaliśmy około dwóch godzin


Palawan

Przystanek pierwszy na Filipinach to Palawan – wyspa najbardziej wysunięta na zachód, a co za tym idzie – w teorii najmniej narażona na wystąpienie tajfunów. Tajfun to azjatycka nazwa dla cyklonu (huraganu). Wszystkie te nazwy opisują to samo zjawisko pogodowe, różnią się jedynie ze względu na występowanie geograficzne. Cyklon to zjawisko występujące nad ciepłymi wodami związane z występowaniem niskiego ciśnienia. Objawia się to głównie w dużych opadach deszczu, bardzo silnych wiatrach, a często także w podtopieniach terenu.
Obserwując nadchodzącą falę
Otwór prowadzący do podwodnej rzeki Sabang
Pełno w niej było nietoperzy!
Do jaskini wpływa się taką łódką
Palawan słynie głównie z miejscowości El Nido i wyspy Coron, czyli niesamowicie rajskich widoków, przeźroczystej wody i białego piasku. Niestety tym razem odpuściliśmy te atrakcje, ponieważ były od nas za daleko i nie starczyłoby nam na nie czasu. Wybraliśmy za to Sabang, czyli podziemną rzekę znajdującą się na liście UNESCO oraz Port Barton, wioskę również słynąca z rajskich widoków, jednako wiele mniej turystyczną niż El Nido. Przez jakiś czas zastanawialiśmy się, czy dobrze zrobiliśmy, ale kiedy odkryliśmy przypadkiem Plażę Kokosową nie znajdującą się na żadnej mapie i nie opisaną w żadnym przewodniku, wiedzieliśmy, że to była najlepsza możliwa decyzja! W jej bliskiej okolicy znajduje się także sławna White Beach, która zdecydowanie przegrywa w przedbiegach.
I jak tu nie wierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia, gdy zza rogu wychodzi taki widok, prawie tylko dla Ciebie!

Hamaki, mini rafa i ciepła woda


TAK! To była dobra decyzja!
W okolicach Port Barton znajduje się także plaża rozgwiazd. Na początku pobytu na niej byliśmy zawiedzeni brakiem rozgwiazd, ale sporo rekompensowały małe palmy kokosowe opadające zaledwie kilka centymetrów nad błękitną wodę oceanu. Po paru godzinach pływania, robienia zdjęć, odpoczywania i oglądania rybek w wodzie zauważyliśmy, że w niektórych miejscach piasek pod wodą jest ciemniejszy i układa się w kształty rozgwiazd. Na początku myśleliśmy, że to miejsca, które te stworzenia niedawno opuściły, jednak chwilę później rozgwiazdy zaczęły odkopywać się z piasku i prezentować się nam w pełnej krasie. Były ich dziesiątki!
Aby się do niej dostać, należało przejść przez taki mostek
Pokonać piejące koguty - na Filipinach pełno jest kogutów, które hodowane są na walki. Są trenowane, przygotowywane, a walki są często na śmierć i życie



O nie! rozgwiazda weszła mi na stopę!

Widzisz te chmury?
Nasze obserwacje fauny przerwała burza, która pojawiła się nie wiadomo skąd i uwięziła nas w pobliskiej restauracji na parę dobrych godzin. Tego dnia dołączały do nas Podróżuj z Pomponami (śledź ich blog, FB i IG) [1], czyli Gabi i Kuba, podróżującą przez Azję parę z Polski, którą poznaliśmy przez Internet. Mimo że jeszcze trochę padało, to uzbrojeni w ogromne liście bananowca jako parasole ruszyliśmy na spotkanie z Pomponami! Po drodze, na grząskiej gruntowej drodze zauważyliśmy auto, które utknęło w błotnistej mazi po samo podwozie. Zaproponowaliśmy pomoc i razem z dwójką Filipińczyków po paru minutach wypchaliśmy auto z błotnistej pułapki. Kierowca Filipińczyk i jego córka zaproponowali nam podwózkę w kierunku miasta, bo postanowili zmienić plany i nie pchać się słabą, gruntową drogą. Pompony już czekały na nas w restauracji, którą im poleciliśmy, a Richie, czyli kierowca samochodu, wraz ze swoją córką przyłączyli się do nas i postawili nam obiad. W ramach rewanżu zaprosiliśmy ich na drinki. W czasie rozmów okazało się, że filipińska rodzinka także planuje wycieczkę objazdową po pobliskim wyspach. Tym sposobem dla naszych sześciu osób mogliśmy wynająć prywatną łódkę w cenie regularnej wycieczki.
Zachód słońca dnia, kiedy się poznaliśmy

Wycieczka po lokalnych wyspach, czyli tak zwane Island hopping, choć zwykle pochodzimy do takich turystycznych atrakcji z dużą rezerwą, okazało się być najlepszą zorganizowaną wycieczką, na jakiej byliśmy, Odwiedziliśmy sześć różnych miejsc, w tym dwie rafy do snorkelingu, dwie wyspy i inne atrakcje. W cenie był także lunch przyrządzony na jednej z rajskich wysp przez naszych przewodników. Widoki były niesamowite, a rafy koralowe? Bajeczne kolory korali, liczne ławice ryb, a przy granicy rafy błękitna otchłań ciągnąca się w nieskończoność. Był to jeden z piękniejszych widoków, jakie widzieliśmy w podróży i serce nam pęka na myśl o tym, że wszystkie szare rafy, które widzieliśmy na Sri Lance czy w Tajlandii wyglądały kiedyś tak, jak ta na Filipinach. 
Czegoś takiego jak ta rafa jeszcze nie widziałam. Gdy tylko wyskoczyłam z łódki i ujrzałam to, co skrywa się pod wodą, zaniemówiłam, a później zaczęłam ekscytować się jak dziecko. Pełno różnorodnych kolorów, korali, rybek ~ Ola

W cenie był też wielki obiad
Palmy na Filipinach są specjalnie ponacinane, by łatwej było na nie wchodzić i zrzucić kokosy. Nawet z tym ułatwieniem jest to bardzo ciężkie wyzwanie!
Zdjęcie wykonane przez Podróżuj z Pomponami (śledź ich blogFB i IG)
Zdjęcie wykonane przez Podróżuj z Pomponami (śledź ich blogFB i IG)
Palawan zapadnie nam w pamięć nie tylko przez rajskie widoki, ale także przez noce pod gwiazdami, a właściwie pod chmurami! Jedna z nich była szczególnie emocjonująca. Nasze obozowisko rozbiliśmy na plaży rozgwiazd skuszeni wizją nocy na brzegu oceanu i wieczornym ogniskiem. Niestety pogoda szybko pokrzyżowała nam plany, a jak tylko zerwał się złowrogi wiatr, pobiegliśmy do namiotów i po paru sekundach rozpoczęła się ulewa. Nie wiemy, czy spaliście kiedyś pod namiotem w czasie deszczu – wszystkie krople brzmią sto razy bardziej złowrogo, szczególnie w momencie, kiedy postanawiacie sprawdzić pogodę i w wyszukiwarce Google pojawia Wam się wielki na cały ekran czerwony alert, informujący o tajfunie zbliżającym się do Filipin. Ogarnęła nas chwilowa panika i zaczęliśmy czytać wszystko, co się da na ten temat – na szczęście okazało się, że Tajfun jest 800 kilometrów od nas i nie ma szans, by dotarł do miejsca, w którym się znajdujemy. Ulga! I nauczka na przyszłość, by przed nocą w namiocie sprawdzić prognozę pogody wcześniej.



Zdjęcie wykonane przez Podróżuj z Pomponami (śledź ich blogFB i IG)
Zdjęcie wykonane przez Podróżuj z Pomponami (śledź ich blogFB i IG)
Wieczorne ognisko, które paliło się może 10 minut zanim przyszedł deszcz.
Za to widok z namiotu rano był piękny
W pobliżu był też mały wodospadzik, z okrutnie zimną wodą. 

Z rajskiej wyspy prosto do wielkiego miasta

Gdy tylko wylądowaliśmy na Cebu, wiedzieliśmy, że nie będzie to dzika wyspa jak Palawan – pomimo ponad dwóch godzin jazdy autobusem i  pokonaniu 30 kilometrów, tkanka miejska dalej  ciągnęła się i ciągnęła. Postanowiliśmy tego dnia nie spać w namiocie, lecz znaleźć hostel lub guest house w okolicy, by odpocząć po podróży i podładować naszą jedyną komórkę. Idąc w ciemności, po uśpionych, źle oświetlonych przedmieściach, przeszliśmy brakujące trzy kilometry z głównej drogi do miejsca, gdzie miał znajdować się hotel. Gdy tam dotarliśmy, okazało się, że nikt nic o nim nie wie. Wcześniej Gabi czytała ostrzeżenia, by nie chodzić w nocy po ciemku po peryferiach miast i to samo ciągle powtarzały nam osoby zapytane o nasz nocleg.
Gdy jeździliśmy na stopa, było to najczęściej na pace. Dzięki temu bez problemu mogliśmy jeździć wszyscy razem
Filipińczycy są bardzo gadatliwi, otwarci i pomocni, więc wszyscy na ulicy nas zagadywali. Często były to tylko podstawowe zwroty, bo takie jedynie znali po angielsku: „Where you go?”, „What is your name?” czy „Country?” [2]. Z zagadywaniem podobnie było w Iranie. Z reguły było to miłe, wynikało z troski i chęci pomocy, choć po tygodniu ciągłego odpowiadania na te same pytania potrafi być to męczące. Tym razem jednak zaczepianie nas przez miejscowych wprawiało nas niepokój, bo gdy te niewinne pytania zadaje grupka ludzi pijących piwo w ciemnym zaułku, nie jesteś pewien czy na pewno mają dobre intencje.
Na rajskich Filipinach wszędzie są bezdomne pieski w tragicznym stanie
Żal patrzeć na chore szczeniaki, którym nie mogliśmy pomóc
Na domiar złego nie są dobrze traktowane przez miejscowych
Dalsze stopowanie odpadało, bo było całkiem ciemno, przejechać autobusem nie było gdzie, a rozbijać namiotu w (takim) mieście nie mieliśmy zbytniej ochoty – cóż robić? Gabi z Kubą zaproponowali spytać o nocleg w kościele, co dla nas było nowością, bo tego jeszcze nie próbowaliśmy. Po powrocie na główną drogę i dalszym spacerze ukazała się nam wyczekiwana świątynia – wielka, o typowej dla tego regionu architekturze inspirowanej bazylikami neogotyckimi, bez ścian bocznych, o bardzo jasnych kolorach, zbudowana w taki sposób, jak gdyby ktoś wykonywał ją w pośpiechu omijając większość detali. Kuba udał się na spytki, początkowo nam odmówiono, jednak po chwili ze świątyni wyszła inna pani i zaproponowała, że możemy spać u niej. 
Poglądowy przykład architektury sakralnej na Filipinach
Po krótkiej rozmowie okazało się, że jest prezydentką całej prowincji oraz (co powiedziały nam osoby, które nas odprowadzały do jej domu) potentatką nieruchomościową na Cebu. Sama pani prezydent, której nie poznaliśmy nawet imienia, udała się na noc do innego mieszkania, nas zostawiając pod opieką męża, który udostępnił nam cały dom ich syna, ponieważ tamten się wyprowadził i dom stał pusty.  Mąż zaprosił nas też rano na wielkie śniadanie. Potrawy przypominały bardziej nasz obiad niż lekkie śniadanie. Objedliśmy się też mango - jednymi z lepszych, jakie jedliśmy w życiu! Wtedy też pierwszy raz zauważyliśmy, że Filipińczycy nie obierają mango, tylko przekrajają je na trzy części, w środkowej zostawiając pestkę, a skrajne fragmenty wyjadają łyżką. 
"Nasz" salon
i prywatna siłownia, z której skorzystaliśmy do rozwieszania prania

Jak sardynki

Następnego dnia dojechaliśmy do miasta Moalboal, czyli największego miasta południa Cebu, i tak się złożyło, że zostaliśmy wysadzeni koło centrum informacji turystycznej – szybko sprawdziliśmy, czemu mieliśmy to miasto zaznaczone na mapie i bingo! Pływają tu ławice sardynek, które można obserwować bez trudu z brzegu. Dopytaliśmy się w informacji czy jest to jedyne miejsce na Filipinach, gdzie można je zaobserwować (twierdzono, że tak, choć później na wyspie Panglao mówiono to samo) oraz o najlepszą porę do oglądania – powiedziano nam, że jest to tuż po świcie, pomiędzy 6 a 7 godziną. Dodatkowo trzeba wykupić pozwolenie na wejście do wody, sprzedawane jedynie na ten sam dzień - nie można go kupić dzień wcześniej. 
Jako że miejsce do obserwowania sardynek oddalone jest o 5 km w jedną stronę od informacji turystycznej, poranny spacer po bilety był podwójnie męczący, choć nagrodą za niego były słodkie bułeczki! Na Filipinach na każdym rogu znajdują się z cukiernie ze średniej jakości kawą i całkiem przyzwoitymi słodkimi bułeczkami w tysiącu odmian, a wszystkie jedynie za 5 pesos (35 groszy). Przez trzy tygodnie to właśnie one były podstawą naszego wyżywienia.

Gdy doszliśmy do wody, morze było wzburzone a fale ogromne. Ola i Gabi zrezygnowały z wchodzenia do wody, a Krzysiek i Kuba udali się na rekonesans. Przez pierwsze 10 metrów morze stopniowo się obniżało, by nagle się załamać odsłaniając otchłań i głębię oceanu. Nic nie ukazywało się naszym oczom, prócz ciemnego błękitu jak okiem sięgnąć. Mimo wspaniałej widoczności nie widzieliśmy ani dna, ani sardynek. Pływaliśmy przez dwie godziny, przepłynęliśmy w każdą stronę spory kawał, jednak nie dziś! Z powodu wzburzonego morza musiały wybrać inne miejsce na żer. 
W pierwszej chwili, gdy wypłynąłem na pełny ocean, ogarnęła mnie panika na widok głębokiego błękitu, pustki i niemożności złapania perspektywy. U uświadomiłem sobie wtedy ogrom oceanu - Krzysiek 
A biletów nikt nie sprawdzał…

Pierwszy filipiński wodospad

Najbardziej znanym wodospadem na Filipinach, a zarazem najbardziej obleganym przez przyjezdnych jest Kawasan Falls [2], czyli wodospad zmieniony w główną atrakcję Cebu. Słynie z canyooneringu, czyli przeprawie pieszo w górę rzeki pokonując wodospady, skacząc z klifów do wody i przepływając wpław rzekę. Choć program tej wycieczki brzmi jak świetna przygoda, myślimy jednak, że za jej sukcesem stoi głównie bliskość dużych miast. My z tej atrakcji zrezygnowaliśmy, bo była droga i spróbowaliśmy część z atrakcji wykonać samodzielnie.
Wydaje nam się, że nawet się udało – najpierw sprawdziliśmy, co uwzględniają wycieczki zorganizowane i wybraliśmy najciekawsze atrakcje, czyli skoki z wysokości. Przy niektórych miejscach napisane było „Avoid jumping without guide”, ale nie był to ścisły zakaz, dlatego nie przejmowaliśmy się tym zbytnio. Nawet gdy z postanowiliśmy skoczyć z najwyższego miejsca (10 metrów) i spytano nas o naszych przewodników, postanowiliśmy się tym nie przejmować. Zrobiono nawet Krzysiowi zdjęcie i zagrożono policją, ale ponieważ nigdzie nie było zakazu, nie przejęliśmy się tym i skoczyliśmy uznając to za próbę wyłudzenia od nas pieniędzy. Niestety często w trakcie podróży próbowano nam wcisnąć usługę, której nie potrzebowaliśmy, twierdząc że koniecznie musimy z niej skorzystać – w tym miejscu na przykład oferowano wypożyczenie kamizelki ratunkowej, mówiąc nam, że nie można bez niej po tym akwenie pływać – sprawdziliśmy regulamin oraz wszystkie zakazy i okazało się, że należy ją nosić jedynie na niewielkim fragmencie tego zbiornika przy wodospadzie.

Dziki kapitalizm

Niestety autostop nie działał na Cebu tak, jak byśmy chcieli, nie działał porównywalnie do tego jak dobrze działał na Palawanie, co powodowało, że auto na dystans nawet dziesięciu kilometrów potrafiliśmy łapać ponad półtorej godziny. Najczęściej zatrzymywały się trójkołowce, czyli motory z chałupniczo dospawaną do nich częścią dla pasażerów, oferujących swe przejazdy w cenie wyższej niż taksówki w Polsce. Oczywiście ceny te były dla nas wyższe z powodu białej twarzy, a lokalni płacili ułamek tej kwoty. 
W związku z tym, że autostop działał jak działał, do kolejnej atrakcji, czyli „ukrytego” wodospadu, dojechaliśmy na 45 minut przed zamknięciem. Dodając do tego fakt, że a sam spacer do jego podnóża zajmuje 15 minut oraz bilet wstępu kosztujący od osoby 60 peso (~4PLN) i napiwki dla dwóch obowiązkowych przewodników, postanowiliśmy zrezygnować z niego tego dnia. Nie zostało nic innego jak tylko znaleźć miejsce na nocleg i wrócić rano. Gdy wyszliśmy na ulicę dyskutować, w którą stronę się udać, wyskoczyło za nami paru mężczyzn proponując, że pokażą nam dobre miejsce do rozbicia namiotu. Okazało się, że byli to przewodnicy z wodospadu, który przed chwilą opuściliśmy. Byliśmy trochę sceptyczni, ale udaliśmy się na stare boisko do koszykówki, żeby obadać teren. Do tego Kuba umówił się z nimi na mecz wieczorem. Krzyś zaś nie uwierzył przewodnikom, że kolejny wodospad, który chcieliśmy odwiedzić, jest zamknięty z powodu braku wody (bo jak to możliwe, żeby w wodospadzie zabrakło wody?) i udał się na rekonesans – okazało się, że mieli rację. Podczas kontaktu z przewodnikami uwidoczniła się wspaniała cecha Pomponów, którą jest wielka ufność do wszystkich ludzi, otwartość i chęć jak największego zbratania się z każdym napotkanym człowiekiem. Kuba skorzystał z zaproszenia i poszedł grać z chłopakami w kosza. Nam, po całym trudnym dniu, zabrakło już na to siły i chęci.
Późnym wieczorem przewodnicy wrócili i zaproponowali rum, czemu nie odmówiliśmy. Nauczyli nas robić filipiński drink – na dużą butelkę rumu należy nałożyć małą butelkę soku z limonki szyjkami do siebie, tak by płyny z powodu różnicy gęstości same się zmieszały oferując spektakl niczym lampa lawa z lat ‘90. Zwyczajem Filipińczyków jest picie trunków z jednej szklanki, po kolei, więc kolejki idą w powolnym, rozsądnym tempie. Nie był to jedyny zwyczaj, który tego dnia poznaliśmy – gdy pada (a dzieje się to nierzadko w tym zakątku świata) najmłodsza osoba z grupy, musi „przeciąć” deszcz naśladując nad głową ruch nożyczek, aby przestał padać. Tym razem zadziałało.

Dowiedzieliśmy się również, że przewodnicy zarabiają jedynie z napiwków, nie otrzymują żadnej stawki od właściciela wodospadów, który żeruje na ich pracy (wodospad należy do państwa). Każdy prowadzi zazwyczaj tylko jedną grupę dziennie, a chcąc zaimponować turystom, w nadziei na większy napiwek, naraża życie skacząc z wysokości 20 metrów. Turbo-kapitalizm w najgorszym wydaniu. Podobnie sprawa ma się z kelnerami w Polsce, którzy dostają minimalną stawkę od pracodawcy, często żyjąc z napiwków. A co jak przewodnicy go nie dostaną albo dostaną niewielki? I jak tu mówić o odkładaniu oszczędności, gdy żyjesz z dnia na dzień? Z naszych wyliczeń podpartych tym, co przewodnicy opowiadali wynikało, że dziennie otrzymują około 200 pesos, czyli 14 PLN. 


Gdy kolejnego dnia się tam wybraliśmy, zostaliśmy serdecznie przywitani, niczym bliscy przyjaciele. Mieliśmy prywatny kurs, pokaz skoków z każdego dostępnego miejsca, świeżo zerwane kokosy (jeden z przewodników specjalnie wszedł na 15-metrową palmę i zerwał je dla nas – to były najpyszniejsze kokosy jakie kiedykolwiek piliśmy!). Do tego my również mieliśmy okazję poskakać, choć nie odważyliśmy się skoczyć z samej góry. Tylko Kuba, w akompaniamencie krzyków Gabi, się na to zdecydował.

Wodospadom nie było końca

Tego dnia udaliśmy się również na wodospad Kabutongan, gdzie początkowo mieliśmy wielki problem trafić. Sam wodospad był w porządku, jednak to dojście do niego było najlepszą przygodą! Nasz przewodnik pokazywał nam dokładne miejsca, gdzie należy kłaść nogę. Gdy Krzyś raz go nie posłuchał, to zanim się obejrzał, już niespodziewanie leżał twarzą na kamieniu, który przed chwilą był pod jego stopami. Trasa zawierała przejście po lesie, przepłynięcie w górę rzeki z plecakiem trzymanym nad powierzchnią wody i ślizganie się po wyszlifowanych od wody kamieniach. Na końcu wszytko zwieńczone skokiem z 12 metrów, pływaniem wewnątrz ciemnej jaskini i sesją zdjęciową.



Odwiedziliśmy również wodospad Montpeller, który jest najwyższym wodospadem jaki widzieliśmy i mimo iż mierzy 90 metrów (a przynajmniej tak przeczytaliśmy w Internecie, choć tej informacji nie udało się potwierdzić) nie mieści się w rankingu 10 najwyższych wodospadów Filipin. Jest on zupełnie nieznany, nawet w pobliskiej wiosce. Gdy zostawialiśmy plecaki w sklepie, ekspedientka przyznała, że nigdy go nie widziała, mimo tego, że mieszka jedynie pięć kilometrów od niego. Bardzo nas to zdziwiło, ponieważ był przepiękny! Kąpało się w nim parę okolicznych dzieci, których główną zabawą było skakanie z naprawdę wysoka i imponowanie dziewczynom. Gdy któryś z nich nie chciał skakać zabierano mu drabinę i w ten sposób zmuszano do przełamania lęku.



Skuterem przez Siquijor

Nad tym, czy wybierać się na wyspę Siquijor zastanawialiśmy się i debatowaliśmy od pierwszych chwil pobytu na Filipinach. Dziewczyny chciały zobaczyć wyspę kuszone pięknymi zdjęciami zobaczonymi na Instagramie, a chłopcy bali się, że przez to będziemy musieli się ze wszystkim spieszyć i nie zdążymy zobaczyć pozostałych wysp. Ostatecznie postanowiliśmy wcisnąć tę małą wysepkę w plan naszej wyprawy i pojeździć po niej skuterem przez 3 dni. Skuter, po dosłownie 5 sekundach negocjacji, udało się wynająć w bardzo korzystnej cenie 35 złotych za pojazd na 2 dni. Wyspa jest idealna do objeżdżenia na skuterze – po wjechaniu kilka kilometrów w jej głąb co chwila natrafia się na punkty widokowe, z których można oglądać panoramiczny widok na całą wyspę i otaczające ją morze.

Niestety część z wodospadów, które odwiedziliśmy nie miało wody! Na szczęście przewodnicy i miejscowi informowali nas o tym przed zapłaceniem i wejściem do atrakcji. Najpopularniejszy wodospad na wyspie, Cambugahay, był naprawdę zachwycający – błękitna woda, wielopoziomowe tarasy, a do tego kontrastujące z kolorem wody drewniane tratwy, z których mogą korzystać turyści. Oczywiście za dodatkową opłatą, jak za wszystkie inne atrakcje dostępne na miejsce – kilka huśtawek do skoków, w każdej inny właściciel i inna cena widowiskowego skoku do wody. Cena skorzystania z tratwy też się różniła w zależności od tego kto pytał – ciekawe jaki mają klucz wyceny zamożności klientów skoro wszyscy są w strojach kąpielowych.
Zanim my się zdecydowaliśmy, zdążyli już wszyscy pójść sobie do domu (godzina 17) , więc mieliśmy ją za darmo
Siquijor to także jedna z najładniejszych plaż na Filipinach – Paliton Beach. Niestety, gdy po raz pierwszy ją zobaczyliśmy, niebo było mocno zachmurzone, a do wody można było wejść maksymalnie do pasa z powodu rosnących glonów. Były one także porozrzucane na piasku wzdłuż brzegu, co mocno wpłynęło na nasz odbiór tego miejsca. Postanowiliśmy jednak dać plaży drugą szansę i rozbić namiot niedaleko niej, żeby z samego rana móc ponownie ją odwiedzić. Nowy dzień przyniósł zupełnie nowe wrażenie – tym razem słońce nie chowało się za chmurami i pięknie oświetlało błękitną wodę, glonów zaś było na plaży mniej i wszystko wyglądało piękniej. Plaża rzeczywiście była jedną z najładniejszych, jakie widzieliśmy!








Wycieczka z finałem na policji

Dużo w podróży zależy od pierwszego wrażenia – wyspy Bohol i Panglao nie zrobiły dobrego. Od pierwszych kroków wiedzieliśmy, że nie przypasują nam one z powodu ilości turystów – tu było ich najwięcej, a miasto wyglądało jak każdy kurort – chaotyczna zabudowa, brak regulacji i planu urbanistycznego – miasteczko, z którego wraz z rozwojem turystyki, wyrasta koszmarek. 
Pierwszym punktem pobytu na Bohol było udanie się na wycieczkę na pobliską wyspę, która ponoć oferuje „najlepsze nurkowanie z rurką na Filipinach”. Nam, mimo wykupienia wycieczki, nie udało się tam dotrzeć, bo zabrano nas na właściwą wyspę, ale w złe miejsce. Miały być dwie godziny pływania, a po niecałej godzinie kazano nam się zbierać. Następnym przystankiem była wyspa, której nie było, bo był przypływ i ją zalało – dostaliśmy więc zwykłą mieliznę - wspaniała atrakcja... Do tego w programie było oglądanie delfinów, co bardziej przypominało tradycyjną rzeź wielorybów w Danii. Gdy tylko wynurzyły swoje głowy w celu zaczerpnięcia oddechu, setki łodzi kierowały się w ich stronę, włączając naprawdę głośne silniki (tak głośne, że Ola przez dwa dni dużo gorzej słyszała na lewe ucho), by jak najszybciej do nich podpłynąć (a trzeba pamiętać, że dźwięk w wodzie przenosi się wielokrotnie lepiej niż powietrzu). Przerwaliśmy ten proceder i zarządziliśmy płynięcie dalej.

Zdjęcie wykonane przez Podróżuj z Pomponami (śledź ich blogFB i IG)
Po tak udanej wycieczce, która do tanich nie należała, postanowiliśmy grzecznie poprosić o zwrot pieniędzy. Jako że wróciliśmy z niej ponad dwie godziny szybciej niż było planowane, postanowiliśmy spędzić je na próbie odzyskania części pieniędzy (nasz plan zakładał odzyskanie połowy kwoty). Najpierw rozmawialiśmy z osobą, która nam sprzedała wycieczkę, później z innymi sprzedawcami z jego firmy, następnie z szefem a skończyło się na wizycie na policji dla turystów – zostaliśmy tam zaprowadzeni przez organizatora wycieczki. Wszyscy walczyliśmy o odzyskanie pieniędzy, jednak Pompony okazały się być dużo bardziej nieustępliwe. W czasie, gdy rozmawialiśmy na policji, Kuba podchodził do kolejnych klientów nagabywanych przez sprzedawców wycieczek i odradzał im korzystanie z usług tej firmy, co tylko podgrzewało atmosferę, zwiększając również naszą siłę negocjacyjną. 
Nasi kontrahenci nie rozumieli idei reklamacji i zwrotu pieniędzy za niewykonanie należycie usługi – przecież oni ponieśli koszty! A to, że istota wycieczki, czyli snorkeling, nie została spełniona i to właśnie dla niego wynajęliśmy łódkę, odbijało się jak od ściany. Po dwóch godzinach, odzyskaliśmy jedynie 25% ceny. Warto zaznaczyć tutaj, że wycieczka ta kosztowała tyle samo, co odbyta przez nas inna wycieczka w Port Barton, na Palawan. Wycieczka w Port Barton obejmowała 2 godziny snorkelingu w dwóch różnych miejscach, odwiedzenie miejsca, gdzie można zobaczyć żółwia, przypłynięcie na dwie bezludne wyspy i mieliznę z ogromnym rozgwiazdami oraz obiad. Wycieczka w Panglao obejmowała 2 godziny snorkelingu w dwóch różnych miejscach (ostatecznie skończyło się na godzinie w jednym miejscu, mimo naszych obiekcji) oraz zobaczenie jednej wyspy (która okazała się być piaszczystą mierzeją, a przez przypływ tak naprawdę mielizną). Wycieczka nie obejmowała żadnego wyżywienia ani wody. Rozumiecie chyba nasze niezadowolenie, szczególnie, że żaden z punktów wycieczki nie został zrealizowany w sposób, który nam obiecywano.
Zdjęcie rozgwiazd, które widzieliśmy w Port Barton
Zdjęcie wykonane przez Podróżuj z Pomponami (śledź ich blogFB i IG)

Wymyślone atrakcje

By przenieść się dalej od turystów wynajęliśmy skuter i pojechaliśmy w stronę Chocolate Hills – czyli stożkowych wzgórz o pochodzeniu koralowym, porośniętych roślinami, które w porze suchej są koloru czekoladowego (to temu zawdzięczają swoją nazwę - a nie kakaowcowi, na co Krzyś miał nadzieję). Po drodze zgubiliśmy się, nieźle nadłożyliśmy drogi i wtedy złapał nas wielki deszcz, który nie skończył się do zmroku. Jadąc po ciemku szukaliśmy miejsca do rozbicia namiotu, ale każde z mijanych przy drodze pól odbijało światło księżyca – były to zalane wodą pola ryżowe. Planowaliśmy rozbić się na punkcie widokowym, myśląc, że zawsze znajdziemy miejsce na namiot, jednak nic się na to nie zanosiło. Znów Pompony zaproponowały zapytać w kościele i tym razem zostaliśmy przyjęci z otwartymi ramionami.
Wewnątrz plebanii rozbiliśmy namioty by służyły nam jako ochrona przed komarami, a rano wstaliśmy na poranną mszę. Nic nie zrozumieliśmy, ale mogliśmy podziwiać bardzo ładny budynek ozdobiony pięknymi freskami. Po mszy zostaliśmy zaproszeni na wielkie i smaczne śniadanie, rozmowy z proboszczem i innymi księżmi.   
Czekoladowe wzgórza nie zrobiły na nas większego wrażania. Były stosunkowo niskie, rzadko rozmieszczone. Spodziewaliśmy się czegoś znacznie lepszego ze względu na to, że to jest główna atrakcja tej wyspy. Za to wszystko wynagrodziło jedzenie, które zjedliśmy w pobliskiej restauracji.
Na Filipinach funkcjonuje typ restauracji nazwanych Eatery, która różni się od typowej jadłodajni tym, że wszystkie dostępne dania wyłożone są na ladę w garnkach i to z nich się wybiera. Nie ma wymyślania, długiej karty dań – je się to na, co jest sezon i co szef kuchni przygotował. Z reguły dania te są wybitnie tanie (około 35 Pesos ~ 3 PLN) za małe danie. Zawsze na parę naczyń jest garnek z potrawką mięsną, rybą, a także przynajmniej jedna opcja wegetariańska. W odwiedzanej restauracji wszystko było arcysmaczne. Każdy zamówił po pięć porcji, którymi najedliśmy się za wszystkie czasy. Gdy wsiedliśmy z powrotem na skuter, ten ledwie się toczył!

Zdjęcie wykonane przez Podróżuj z Pomponami (śledź ich blog, FB i IG)





Pełni energii ruszyliśmy na podbój kolejnych atrakcji: 
  • podwójny bambusowy most - okazał się zwykłym podwieszanym mostem, który obity był bambusem,
  • pływanie ze świetlikami po rzece Lombok – gdy dotarliśmy na miejsce, było zatłoczone bardziej niż Biała świątynia w Chang Rai, czy Taj Mahal – zrezygnowaliśmy, mimo że Krzysiek, przeczytawszy o tej atrakcji w Internecie, bardzo wiele od niej oczekiwał. No nic. Zobaczymy świetliki w Głuszycy,
  • Man Made forest – las zasadzony w latach 50. w celu rekultywacji terenu. Ładny, ale nic szczególnego. Właściwie to raczej przeciętny las, a całe zwiedzanie niewiele różniło się to od pójścia do losowego lasu w Polsce. Jedyna różnica polegała na tym, że tu trzeba było za to płacić (Gabi spytała czym się różni las, za który trzeba płacić od tego z drugiej strony ulicy. Pani szczerze odpowiedziała, że niczym). Jak widać w niektórych miejscach na świecie nie ma zwykłych lasów i jest to dla nich taka atrakcja, jak dla nas las palmowy lub bambusowy. Widzieliśmy wiele wycieczek, które zatrzymywały się na środku drogi w celu zrobienia sobie zdjęcia. Nawet dojeżdżając, już na parę kilometrów wcześniej, były znaki nakazujące zwolnić i informujące o zbliżającej się atrakcji turystycznej,
  • wyraki - małe stworki o wielkich oczach, które śpią na drzewach. Na Bohol jest kilka ich "sankturiów", na temat każdego z nich przeczytaliśmy w Internecie opinie świadczące o tym, że dobro zwierząt nie jest tam na pierwszym miejscu, więc zrezygnowaliśmy z wizyty.
Men made forest- wygląda jak nasz zwykły las. Pewnie dla osób przyzwyczajonych do lasów tropikalnych jest to atrakcja, jak dla nas dżungla


Ostatnie pożegnanie

Wieczór spędziliśmy w miejscu, które przez przypadek odkryliśmy dzień wcześniej zboczywszy z głównej drogi. Pastwisko położone na pagórkach ze wspaniałym widokiem. Kupiliśmy rum, colę i spędziliśmy ostatni wspólny wieczór pod namiotem na pogawędkach, a w tle na horyzoncie majaczyła ogromna burza z wyładowaniami co parę sekund. Ten wspólny wieczór był znacznie milszy od wszystkich atrakcji.








Zdjęcie wykonane przez Podróżuj z Pomponami (śledź ich blogFB i IG)
Następny nocleg otrzymaliśmy w prezencie od Pomponów w pensjonacie z basenem, gdzie kolejne dwa dni spędziliśmy na odpoczynku i nadrabianiu bloga. Podróż z Pomponami po Filipinach znów tchnęła w nas głód przygód, spania w namiocie i stopowania! Dziękujemy!






Filipiny w pigułce, czyli nasze rekomendacje doświadczeń, miejsc, kuchni:


Co zjeść lub spróbować:
Jedzenie w Eatery – w każdym mieście znajdzie się taka jadłodajnia. Dania są tanie i smaczne. Poznacie ją po wystawionych garnkach, dużej liczbie miejscowych w środku i tym, że nie znajdziecie w niej turysty.
Bułeczki w piekarni – smaczne i tanie słodkie bułki były podstawą naszej diety.
Halo Halo - oryginalny deser składający się z płatków kukurydzianych, lodów, galaretek, orzechów, rurek z kremem i kukurydzy


Co nam polecano, a nie spróbowaliśmy:
Adidas  - czyli grillowane kurze nóżki
Ścięte bloki krwi - zapomnieliśmy nazwę


Co zrobić i zobaczyć:

  • Palawan:
    • Port Barton  - przyjemna miejscowość. Jeżeli odejdzie się na dalszą plażę, taką jak Coconut Beach (najlepsza plaża jaką widzieliśmy w życiu), lub Starfish beach to będziecie mieli ją tylko dla siebie. Serdecznie też zachęcamy do udania się na Island Hopping, bo rafy i odwiedzane wysepki były nieziemskie.
    • Podwodna rzeka w Sabang – dość drogie, ale ciekawe. Aby uniknąć tłumu turystów zachęcamy do udania się tam z samego rana w dzień roboczy.
  • Cebu:
    • Wodospad Kabutongan – wchodzenie na wodospad to przeżycie samo w sobie – ma cztery poziomy, które są oddalone od siebie o kilkadziesiąt metrów i idzie się między nimi dość wymagającą trasą. W programie chodzenie po skarpie, przeprawa przez rzekę (w niektórych miejscach jest tak głęboko, że da się przez nią jedynie przepłynąć, ale bez obaw – zostaniecie wyposażeni w kamizelki ratunkowe). Na koniec tej ciekawej drogi czeka skok z 10 metrów do turkusowo-granatowej wody i ukryta za wodospadem jaskinia, do której można wpłynąć!
    • Binalayan Hidden Waterfall  – spróbujcie skoczyć z samej góry – to wysokość aż 20 metrów!
  • Siquijor – wynajmijcie skuter i przejedźcie przez wyspę, aby naoglądać się przepięknych widoków.
  • Bohol – trudno nam coś zarekomendować. Wydaje nam się, że można pominąć i zamiast tego wybrać Coron


Garść statystyk:
  • O kraju:
    • Mieszkańców (w tym w stolicy): 105mln (21,3mln / 20%) [A][B] – Manila jest również najgęściej zaludnionym miastem świata
    • PKB per Capita PPP (ile % Polski aktualnie / kiedy było takie w Polsce): 8,9k$ (28% / 1997)[3]
    • Średnia pensja: 10 458 Pesos (787 PLN)[4]
    • Cena bochenka chleba: nie ma chleba, są tylko słodkie bułeczki za 35 grozszy
    • Rekord w swojej kategorii: skok do wodospadu z 12 m
  • O naszej podróży:
    • Ilość stopów / ilość kilometrów nimi przejechana: 13 / 362
    • Ilość nocy w namiocie/będąc zaproszonym/w hostelu: 7 / 2 / 11


[A] https://www.google.com/search?q=Philipines+population 
[B] http://worldpopulationreview.com/world-cities/manila-population/
[C] https://data.worldbank.org/indicator/NY.GDP.PCAP.PP.CD?locations=PL-PH
[D] https://tradingeconomics.com/philippines/wages

[1] dla ścisłości to my dołączyliśmy do nich. Pompony planowały Filipiny wcześniej niż my, a my brutalnie skopiowaliśmy od nich trasę podróży

[2] Najczęściej jednak krzyczeli „Motorbike? Cheaper!” lub „Tricycle?” oferując swoje usługi. Nigdy nie udało nam się dowiedzieć od czego właściwie są tańsi. Do tego zawsze machali na nas ręką, by zwrócić naszą uwagę, co powodowało spory dyskomfort.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz