sobota, 28 września 2019

Laos, czyli kraj, o którym wiedzieliśmy niewiele

Po przekroczeniu granicy przyszła nam do głowy myśl, że tak naprawdę wiemy o Laosie bardzo niewiele [1]. Czemu tak jest? Uważamy, że oprócz naszego nieprzygotowania, porażkę ponosi polska podstawa programowa w szkołach. Historia nauczana jest bardzo europocentrycznie. Dużo czasu poświęcane jest na Egipt, Grecję i Rzym jako kolebki cywilizacji (zachodniej), ale marginalizowanie są Chiny, Indie, Australia, a o Amerykach mówi się jedynie przy okazji "odkrycia" jej przez Kolumba i podboju Corteza, nie mówiąc już o Afryce, o której słyszy się co najwyżej przy okazji kolonizacji. Wiadomo - bliższa koszula ciału, choć balans w naszym mniemaniu jest mocno zachwiany, co powoduje, że nasza wiedza jest bardzo ograniczona. Dopóki nie dochodzi do interakcji z "nami", dopóty nie dowiemy się o "nich" na lekcji historii, tak jakby wcześniej nie istnieli. Pozostawia to białe plamy niewiedzy w zbiorowej świadomości Polaków i przeświadczenie, że biali kolonizatorzy przynosili oświecenie „dzikim” mieszkańcom. Brak wiedzy wpływa także na nasze nastawienie względem drugiego człowieka. Częściej boimy się bądź odczłowieczamy tych, o których wiemy tylko strzępy (co często jest gorsze niż nie wiedzieć nic). Zdarza się, że jedyne, co ludzie wiedzą o kraju, to to czy jest bezpieczny bądź nie, choć pod tymi pojęciami tak naprawdę często kryje się inna para przeciwieństw: popularny - nie popularny lub znany - nie znany.

Wielokrotnie w czasie podróży, gdy mówiliśmy o naszej trasie, osoby z Zachodu usłyszawszy o Iranie reagowały zdziwieniem, niedowierzaniem i słowami "Ale to niebezpieczne!". Początkowo reagowaliśmy na to jedynie lekko drwiącym uśmiechem, jednak zdaliśmy sobie sprawę, że trudno inaczej o tym kraju myśleć, jeżeli media wciąż przedstawiają go jako kraj terrorystyczny.
Aby  lepiej zrozumieć i poznać odwiedzane miejsca, przed podróżą próbowaliśmy się przygotowywać czytając reportaże, słuchając aktualnych audycji międzynarodowych w Polskim Radiu (serdecznie polecamy na przykład „Więcej Świata”) i przerabiając kurs Historia Świata na Khan Akademii. Trudno jednak nadrobić lata zaniedbań w rok, mając na głowie pracę, studia i ślub.
Dlatego też pierwszy dzień w Laosie spędziliśmy na czytaniu o tym kraju. Rytuał mamy już opracowany - artykuły z Wikipedii, filmiki zmiany granic na Youtubie, przewodniki i starannie ułożenie sobie tego w głowie. 
PS. Ciekawe, że mimo skupieni się na Polsce na lekcjach historii i literatury, wciąż mniej wiemy o mitologii słowiańskiej, niż o greckiej czy nawet nordyckiej.
Gorąco jest wtedy, gdy temperaturę możesz sprawdzać termometrem do ciała

Najmniejsza stolica na naszej trasie

Pierwszym przystankiem w Laosie była stolica, która nietypowo usytuowana jest na granicy, a do tego nazwę ma tak podobna do sąsiedniego kraju, że autokorekta w telefonie poprawiała ją nam, gdy tylko ją (poprawnie) napisaliśmy. Po szybkim sprawdzeniu, co powinniśmy w mieście zobaczyć, zaskoczyło nas jak uboga jest oferta turystyczna. Z reguły szukając "Co zobaczyć w mieście..." wyskakują listy po 15-25 pozycji, a tu nie było żadnej powyżej 10. Idealnie na początek - leniwe wdrożenie w kraj. 


Krzyś jest wielkim fanem muzeów, dlatego odwiedziliśmy muzeum niewybuchów w celu zrozumienia, dlaczego Laos był najbardziej zbombardowanym krajem per capita na świecie. W czasie wojny w Wietnamie, by odeprzeć USA, siły komunistyczne przewoziły dostawy z Kambodży do Północnego Wietnamu przez Laos. Mimo że USA nie było w stanie wojny z Laosem, nie przeszkadzało im to zrzucać bomb na tereny Laosu. Co ciekawe - robili to nie tylko po to, by zniszczyć infrastrukturę, którą przewożone były towary i sprzęt dla wrogiej armii. Głównym powodem było to, że bezpieczniej jest lądować bombowcom bez ładunku, więc gdy nie zrzuciły go w Wietnamie, zrzucały w drodze powrotnej przez Laos. Niejako przy okazji, przy okazji, USA zrujnowało niewinny kraj i życie tysięcy osób. Około 30% z 270 milionów bomb "przetrwało" jako niewybuchy, zagrażając życiu mieszkańców w codziennych czynnościach. Średnio rocznie ginie około 50 osób od niewypałów, a USA wydały przez 24 lata na program oczyszczania terenu z bomb tyle, ile kosztowało bombardowanie kraju przez 10 dni (a robiły to non stop przez 9 lat) [2]. Każda uprawa, każde ognisko (a na nim najczęściej gotują), każdy spacer może oznaczać natkniecie się na bombę - nawet dzisiaj. Ludzie jednak są tak biedni, że znając ryzyko, muszą ryzykować życiem, by przeżyć.
Tak wyglądał zrzut bomb kasetowych
Mapa wskazująca miejsca, gdzie spadły bomby
To więcej niż w całej II Wojnie Światowej!
Po tym przygnębiającym i skłaniającym do refleksji muzeum, wyjechaliśmy pod miasto. Jako że lubimy również miejsca bardziej offowe, nie zadeptane turystyczną nogą, wybraliśmy się do Parku Buddy, czyli skupiska wielu posągów poświęconych buddyzmowi i hinduzmowi. Stylem bardzo przypominało to Wat Saphran, czyli Smoczą Świątynię pod Bangkokiem, o której pisaliśmy tutaj - LINK. Park zapełniony był figurami bóstw, świętych i roślin w najróżniejszych pozach i konfiguracjach. Najciekawszym obiektem była wielka cebula, do której można było wejść. Każde z jej trzech pięter wypełnione było niezliczoną ilością inscenizacji, a z dachu można było obejrzeć panoramę. 



Przewodniki od czasu do czasu się dezaktualizują

Jak na ilość zabytków w mieście Vientiane było nieproporcjonalnie zapełnione turystami. Dlatego naszym kolejnym przystankiem było Vang Vieng, opisane przez przewodnik jako "niesłusznie zapomniana przez turystów miejscowość". Niestety, turyści chyba zaczęli czytać ten sam przewodnik co my albo w ciągu 10 lat od wydania "trochę" się zdezaktualizował, bo miejscowość przypominała Mielno w szczycie sezonu, gdzie imprezujący przyjezdni wypchnęli zwykłych mieszkańców i zawładnęli miastem.

Miasto to słynie z imprez, narkotyków i niesamowicie pięknych widoków - my skupiliśmy się na tym ostatnim. Dużo osób łączy wszystkie trzy aktywności w jednym – spływając rzeką na dętce od samochodu, pijąc piwko, paląc blanty, skacząc do rzeki z okolicznych skał i zjeżdżając z tyrolek do wody. W 2012 roku, po czarnej serii, w której zginęło kilku turystów, cześć barów zamknięto, zabezpieczono najniebezpieczniejsze miejsca i próbowano utemperować imprezowy charakter miasta. Z rozmów z napotkanymi ludźmi wydaje się, że stało się wręcz odwrotnie, jest coraz bardziej intensywnie, czego przykładem jest to, że puby walczą o klienta darmowym alkoholem w wybranych godzinach (można spokojnie zrobić porządny pub crawl za darmo). 

Jednak miasto nadal urzekało swoim zaskakująco spokojnym charakterem w środku dnia (imprezowicze w tym czasie siedzieli w restauracjach oglądając stare sezony Przyjaciół – serio!) i cudowną okolicą. Vang Vieng znajduje się na płaskiej jak stół, zielonej równinie nad brzegiem rzeki, a całość otoczona jest skalistymi wzgórzami z piaskowca, porośniętymi tropikalną florą. Bardzo przyjemnie było wynająć skuter, pojeździć po okolicy, wspiąć się na szczyt jednego ze wzgórz, eksplorować jaskinie i popływać w (przystosowanej na turystyczno-imprezowe klimaty) błękitnej lagunie.
Kiedyś oglądaliśmy mądry film jak opowiadać historię na przykładzie Przyjaciół, gdzie przedstawiali, jak każda scena jest małą historyjką, gagiem, odcinki mają swoją myśl przewodnią, a pod tym wszystkim skrywa się jeszcze długoterminowe napięcie.
Po obejrzeniu dwóch odcinków (S6E04 i 05, bo takiego zażądali) możemy potwierdzić, że coś w tym jest.  

Witamy w turystycznej papce

Siedząc w kolejnym autobusie, który ma nas dowieźć do następnego przystanku, odwiedzając przygotowaną dla turystów papkę, czułem się jak owieczka zagoniona do zagrody "kup", obijająca się od ścian o nazwach "lokalny produkt", "naturalne", "autentyczne", "oddaj swoje pieniądze i odejdź". Jechaliśmy przez ten kraj niejako na ślepo, pędząc jak lemingi na śmierć [3] 
Tym, co nie podoba mi się w tym rejonie jest to, że my nie zwiedzamy kraju - my oglądamy spreparowaną papkę. Miejsca, które odwiedzamy mogły by być równie dobrze na księżycu, w tym sensie, że nie poczulibyśmy różnicy gdyby Angkor Wat był w Laosie, Wietnamie, Mjanmie czy Tajlandii. Przez masowość turystyki wszytko jest pod nią przystosowane, przeżute, zmielone i uformowane tak, by trafić w zachodnie gusta – pozbawione ostrych końców, trudów i brzydoty, a przy okazji charakteru i autentyczności. Napotkani ludzie znacznie częściej przejmują się wymianą handlową, niż doświadczeń. Spoglądają i widzą portfel, a nie drugą osobę
Idziesz przez miasto i jesteś otoczony takimi jak ty turystami, zachodnimi restauracjami, na każdym rogu znajdują się agencje turystyczne, pomiędzy nimi sklepy z pamiątkami, a na bilbordach mamią cię wycieczki lub warsztaty "poznaj prawdziwy Laos". Jest to papka mającą tyle do czynienia z rzeczywistością, co komunikaty orwellowskiego Ministerstwa Prawdy.
Powoduje to, że w Azji Południowo Wschodniej jest de facto ciągle tak samo. Podobny klimat, podobne jedzenie, wspólna historia, niewiele różniąca się architektura, a niuanse niewidoczne za turystyczna mgłą. Różnice zaś dramatycznie widać pomiędzy pierwsza częścią naszej podróży, a drugą, pomiędzy krajami turystycznymi, a nieturystycznymi. Mimo że te z pierwszej grupy są łatwiejsze do zwiedzania, to te drugie sprawiają więcej satysfakcji i oferują znacznie ciekawsze przeżycia. 
Dlatego wolałbym pojechać do Turkmenistanu, gdzie w całym 2015 wydano 800 wiz turystycznych, do Pakistanu lub Bangladeszu, gdzie większość osób boi się pojechać. Bo tam jeszcze istnieje możliwość poznania drugiego człowieka, nieskażona chęcią zarobku. ~ Krzyś

Luang Prabang z listy UNESCO

Główną atrakcją Luang Prabang jest wodospad Kuang Si, który odwiedziliśmy zaraz po przyjeździe. Niestety nie dysponując motorem ciężko jest dotrzeć w turystyczne miejsca w niestandardowych godzinach, dlatego wodospady zwiedzaliśmy z pokaźnym tłumem turystów. Można było się w wodospadowych, błękitnych jeziorkach kąpać, ale górska woda była zbyt rześka jak dla nas! Za to zrobiliśmy krótki trekking na samą górę wodospadu ścieżką, którą określiliśmy mianem „drogi czterech żywiołów”. Niczym herosi z mitologii zostaliśmy poddani próbom. Pierwszą z nich był dziki pożar lasu, który musiał powstać niewiele wcześniej i zajął niewielką część ścieżki. Ogień udało się nam pokonać przebiegając przez niego (bardzo rozsądnie). Kolejną próbą była woda, która przy wodospadzie płynęła lodowatą rzeką po kostki (lodu) po schodach. Dodatkowym utrudnieniem były  glony, które zmieniły je w ślizgawkę. 

Pokonawszy drogę na górę, naszym oczom ukazała się huśtawka nad jeziorem (dosłownie, bo zawieszona nad wodą). Jeszcze nie wiedzieliśmy, że jest to próba numer trzy, więc Krzysiek ochoczo na nią wskoczył, nie zastanowiwszy się, że łatwo będzie na nią wejść, a trudniej zeskoczyć na ląd. Próbując zeskoczyć, rozbujał się, i gdy już miał dotknąć stopą suchego brzegu, nagle zerwał się silny wiatr, zniweczył plany (oczywiście, że tak było!) i z pluskiem wpadł do wody. Po tym już wiedzieliśmy, że schodząc, będzie czekać na nas ostatnie wyzwanie – ziemi. Zaczęliśmy obawiać się lawiny błotnej lub chociaż spadających kamieni z urwiska, jednak się zawiedliśmy. Jedyne co nas spotkało, to bardzo wytarte schody, śliskie i zdradzieckie. Tę próbę, pomimo upadków, także zwyciężyliśmy.
W drodze powrotnej zobaczyliśmy, że jedną z atrakcji wodospadu jest także rezerwat niedźwiedzi, które są ofiarami kłusownictwa i wykorzystywania. Na specjalnych farmach "pozyskuje" się z nich w okrutny sposób żółć używaną do medycyny alternatywnej. 

Misie przechowywane są całe swe życie w takich małych klatkach
W Luang Prabang odwiedziliśmy również wzgórze z pagodami i targ miejski. Niestety widać po nich jak bardzo te miejsca istnieją tylko że względu na turystów. Na wzgórze dotarliśmy na zachód słońca, lecz ze względu na liczbę zwiedzających nie było najmniejszej szansy, by zrobić zdjęcie (ba! nie było szans nawet słońca zobaczyć!). Na targu można znaleźć same ludowe stroje, torebki, kolorowe pałeczki i inne pamiątki, która zainteresują jedynie turystów. Oprócz tego popularnym wydarzeniem w Luang Prabang jest poranne dawanie jałmużny mnichom. O wschodzie słońca mnisi maszerują przez miasto, a ludzie wrzucają do ich mis ryż. My jednak zrezygnowaliśmy z tego wydarzenia, ponieważ słyszeliśmy, że zostało to mocno naznaczone masową turystyką – turyści dostają plastikowe krzesełka do siedzenia i jedzenie, które mają włożyć do misek mnichów, którzy po kolei podchodzą do każdego i widocznie zmieszani uroczystością czują się nieswojo. Sama historyczna cześć miasteczka znajduje się na liście UNESCO ze względu na swoją uroczą, kolonialną zabudowę. Wybraliśmy się do jednego z hoteli w tej dzielnicy na fabularyzowany film dokumentalny na temat życia laotańskiej rodziny w środku dżungli z 1925 roku. „Chang” opowiada o trudach rolników, których plony są niszczone przez słonie, ich bydło jedzone i porywane przez leopardy, a na nich samych na każdym kroku czyha tygrys. Film wywołał w nas smutną refleksję. Główny bohater doszedł do wniosku, że dżungla jest nieokiełznana i nieujarzmiona i zawsze taką będzie. Sto lat później ciężko się z nim zgodzić, biorąc pod uwagę działalność człowieka i fakt, że dzikich dziewiczych terenów pozostało na naszej planecie dosłownie kilka.

Tak suszone były ciastka ryżowe








Dzika rzeka w Nong Kiaw

Kolejny raz, gdy przyjechaliśmy do miasta, zostaliśmy wysadzeni w ewidentnie turystycznej okolicy, pełnej biur podróży. Po chwili okazało się, że jest ich zaledwie trzy-cztery, więc znacząco mniej, niż w poprzednich miejscowościach odwiedzonych w Laosie - to trochę nas uspokoiło. Wioska ulokowana jest bardzo urokliwie - nad płynącą leniwie pomiędzy zielonymi wzgórzami rzeką. Miejscowość dysponuje wieloma punktami widokowymi, a także atrakcjami takimi jak kajaki, jednak znużeni upałami wybraliśmy oglądanie widoków. Oprócz tego podziwialiśmy zachody słońca na brzegu rzeki i były naprawdę jednymi z ładniejszych, jakie widzieliśmy. 
Zachód słońca dnia pierwszego
Za drugim razem było bardziej czerwono!


W czasie naszego pobytu w górach wybuchł pożar, który widoczny był z doliny. Kiedy hałas dnia cichł, wieczorami i w nocy było słychać z bardzo daleka odgłos palonego, skrzeczącego drewna. Pierwszego dnia widzieliśmy, że miejscowi pokazują sobie pożar, jednak drugiego już nie, a trzeciego wszyscy o nim zapomnieli. Na szczęście przyszedł deszcz. Ciekawe czy był to naturalny pożar, czy wywołany w celu oczyszczenia terenu pod pola uprawne?






Laotańską łódką w górę rzeki

Największym wyzwaniem okazał się wyjazd z miasta - planem było stopować do granicy - cóż to, raptem 200 kilometrów, więc powinniśmy bez problemu dać radę zrobić tę trasę w jeden dzień. Jednak gdy zobaczyliśmy, że bezpośredni autobus jedzie 19 godzin, zwątpiliśmy. Droga, która prowadziła przez góry, była w bardzo złym stanie i jedyne, co mogliśmy o niej przeczytać w internecie, to to, że jest niebezpieczna. Okazało się jednak, że można ten dystans przepłynąć łódką. Kiedy o tym usłyszeliśmy wiedzieliśmy, że musimy to zrobić! Łódka była dużo tańsza, płynęła krócej i przede wszystkim zapowiadało się na super przygodę. Wodą można pokonać ten sam dystans w osiem godzin, a podróż obfituje w nieziemskie widoki (albo dokładnie ziemskie, gdyby człowiek zbyt intensywnie nie ingerował w przyrodę). Łódkę wyobrażaliśmy sobie trochę inaczej, jako większą i bardziej 'pasażerską'. Okazała się być małą prostą łódką (nawet nie miała siedzeń, tylko drewniane ławy!). Co jest niemożliwe w innych częściach świata, w Azji sprawnie działa - mała łódka pomieściła 27 osób, motor i kilkadziesiąt kilogramów towarów.


Pływanie łodzią sprawiło nam wiele przyjemności, było to jedno z najprzyjemniejszych przeżyć w Laosie. Zaczęliśmy się zastanawiać czemu w Polsce nie ma dedykowanych dla turystów spływów po Wiśle, między Krakowem a Warszawą albo po Odrze, między Wrocławiem a Szczecinem? W Azji Południowo-Wschodniej takie atrakcje są bardzo popularne i reklamowane jako jedne z najciekawszych – jest tak na przykład z przepłynięciem między Bagan a Mandalay w Birmie, czy dwudniową trasa między Vientiane a granicą z Kambodżą. Takie rejsy oferują wspaniałe widoki i chwilę relaksu od turystycznego zgiełku. 


Po drodze mijaliśmy małe wioski, składające się z paru bambusowych domów, do których nie była doprowadzona żadna droga, gdzie dzieci radośnie kąpały się wraz z wołami w rzece, witając każdą przepływającą łódkę. Sprawiało to wrażenie życia w harmonii z naturą, bycia jej częścią.  


Rzeka wiła się przez strome góry porośnięte dziewiczym lasem - nieprzeniknioną dżunglą, w której każda roślina była inna. Była czymś zupełnie innym od jakiegokolwiek lasu, jaki widzieliśmy w życiu! Był to istny nieprzenikniony monolit, każdy krok okupiony musiał zostać ogromem pracy. Dopiero wtedy zrozumieliśmy, dlaczego w filmie "Chang" nie wierzyli, że ktokolwiek kiedykolwiek podbije te formację, czemu takim wyczynem było odkrycie źródeł Amazonki przez Pałkiewicza, czemu nadal istnieją społeczności niemające kontaktu ze współczesnym człowiekiem, czemu w niektórych rejonach stosuje się jako metrykę rzekę [4]. Niestety ten cud natury codziennie ginie w piekielnym ogniu wywoływanym przez człowieka, by zrobić miejsce pod pola uprawne. Jest to łatwiejszy sposób niż wycinanie. Napotkane podczas rejsu połacie pastwisk i pól zawsze zapowiadały zbliżanie się do ludzkich osiedli. Szkoda! Człowiek to destrukcyjne zwierzę, które samo siebie unicestwi. Nasze serce pękło, gdy przekroczyliśmy granicę z Wietnamem i ujrzeliśmy te same góry, zagospodarowane od samiusieńkich szczytów do dolin - żaden fragment nie mógł się zmarnować. To dało nam do myślenia. W Polsce, Europie, generalnie wszędzie, gdzie człowiek żyje, rosła kiedyś bujna roślinność i żyła dzika zwierzyna. My po prostu ją wybiliśmy wcześniej, więc jak tu się dziwić Laotańczykom, że również w imię rozwoju chcą to zrobić...




Laos w pigułce, czyli nasze rekomendacje doświadczeń, miejsc, kuchni:

Chipsy z glonów




Co zjeść lub spróbować:

  • Bagietkę – pozostałość po kolonii francuskiej
  • Naleśniki
  • Piwo 


Co zrobić i zobaczyć:

  • Masaż laotański 
  • Przepłynąć się łódką między Nong Kiaw a Muang Khua
  • Bhudda Park - niecodzienna atrakcja zaraz przy laotańskiej stolicy


Garść statystyk:

  • O kraju:
    • Mieszkańców (w tym w stolicy): 6,9mln (0,2mln / 3%) [A][B]
    • PKB per Capita PPP (ile % Polski aktualnie / kiedy było takie w Polsce): 7,5k$ (24% / 1995)[3] 
    • Rekord w swojej kategorii: 
  • O naszej podróży:
    • Ilość stopów / ilość kilometrów nimi przejechana:  0/0
    • Ilość nocy w namiocie/będąc zaproszonym/w hostelu: 0 / 0 / 13



[A] https://www.google.com/search?q=Laos+population
[B] https://www.google.com/search?q=Laos+vientiane +population
[C] https://data.worldbank.org/indicator/NY.GDP.PCAP.PP.CD?locations=PL-LA

[1] jest to oczywiście duże uproszczenie. Wiedzieliśmy o Francuskich koloniach i niezliczonych niewybuchach zrzuconych przez Amerykanów, o tym jak trudno się stopuje, co dokładnie ukazuje to, o czym piszemy - wiemy o kraju tyle ile było styku z "nami"
[2] http://legaciesofwar.org/about-laos/secret-war-laos/
[3] lemingi nie dokonują masowego samobójstwa w celu uniknięcia nadmiernej populacji. Jest to mit, który miał wyjaśnić czemu ich populacja skokowo wymierają. Zgadnijcie jaka była prawdziwa przyczyna mniejszej populacji...
[4] metryka rzeka, czyli alternatywny do euklipidosowego sposobu obliczenia odległości (w którym wylicza się najkrótszą drogę linią prostą). W metryka rzeka (alternatywnie nazywana Amazonka) zakłada się, że obszar jest bardzo trudny do przejścia(na przykład dżungla), jednak łatwo przemieszcza się po rzece. Aby wyliczyć odległość z punktu A do B, należy obliczyć najkrótszą odległość od punktu A do rzeki, dodać odległość przebytej drogi rzeką oraz najkrótszą trasę z rzeki do punktu B.

2 komentarze:

Copyright © 2016 Karabon voyage , Blogger