czwartek, 14 marca 2019

Plaże Sri Lanki, czyil na tropie egzotycznych zwierząt

Drugą część pobytu na Sri Lance postanowiliśmy spędzić na jej rajskich plażach. W planie był relaks, nadrobienie zaległości na blogu i popływanie w morzu. Nieoczekiwanie okazało się, że oprócz relaksacyjnej atmosfery towarzyszyło nam mnóstwo zwierząt, których dotychczas nie widzieliśmy na wolności i przepyszne, zerwane prosto z drzewa owoce oraz tyle atrakcji, że zaległości tylko rosły.

To jest cześć druga naszej opowieści o Sri Lance. Cześć pierwsza dostępna jest TUTAJ.


Oko w oko z waranem

Tangalle to miejsce bardzo turystyczne, gdzie wszędzie pełno knajp, hoteli, zajazdów i drogich restauracji. Od samego wyjścia z autobusu musieliśmy odpędzać się od tuk-tuków, nie dających za wygraną nawet po kilkukrotnych odmowach. W podróży nauczyliśmy się jednak umiejętności mówienia „nie” i koniec końców tę potyczkę z nachalnymi taksówkarzami zwyciężyliśmy. Po drodze do naszego przybytku zahaczyliśmy o jeden z rzadkich na Sri Lance sklepów - monopolowy. Postanowiliśmy skorzystać z okazji i zakupić po lokalnym piwku na wieczór. Widać było, że po długim pobycie w muzułmańskich krajach wyszliśmy z wprawy i już jedno piwo szybko nas uśpiło. W sumie było to nam na rękę, ponieważ zachęcano nas, by na zaplanowane na kolejny dzień kajaki przybyć jak najwcześniej, najlepiej o świcie, gdyż wtedy pojawia się najwięcej zwierząt. Postanowiliśmy przy okazji zjeść śniadanie podziwiając wschód słońca, mając nadzieję, że dodatkowo ujrzymy rybaków łowiących ryby ze stanowisk zrobionych z pali. W ciągu pobytu na Sri Lance parokrotnie próbowaliśmy ich uchwycić. Dopiero pod koniec naszego wyjazdu powiedziano nam, że tak się już nie łowi. Jeżeli spotyka się teraz tak łowiące osoby, to są one aktorami, żądającymi opłaty za zdjęcia.  
Jedyny rybak jakiego spotkaliśmy na plaży łowił zarzucając sieci wprost z piasku
O świcie w zatoce wręczono nam wiosła, schematyczną mapę oraz pokazano kajak. Bardzo nas ucieszyło, że nie ma żadnego ograniczenia czasowego, a po zakończonym spływie sprzęt mamy po prostu odłożyć na miejsce tak, by go nie zmyło. Początki były bardzo zabawne, ponieważ nie umieliśmy rozszyfrować mapy. Ze względu na jej niedokładność (miejmy nadzieję, że to o to chodziło!), nic się nam nie zgadzało – krążyliśmy więc przez prawie godzinę, nie mogąc wypłynąć z zatoki.
Jedyna osoba, jaką spotkaliśmy w ciągu dwóch godzin
W pewnym momencie zauważyliśmy coś dużego pływającego w oddali.
- Patrz, bóbr! - szepnęła podekscytowana Ola.
- Dajesz, płyniemy bliżej - ochoczo odparł Krzysiek.
Nagły pisk przerażenia Oli dał nam znać, że to, do czego płyniemy wcale nie jest bobrem, a wielkim dwumetrowym waranem, który jak tylko nas zauważył, zaczął kierować się w naszą stronę. Nasze dotychczasowe europejskie doświadczenia nie przewidywały spotkania takiej zwierzyny, więc duże zwierzę w wodzie skojarzyło się jedynie z bobrem, nie „forfiterem”. Niestety nie wpadliśmy na to, by zacząć krzyczeć „szwagier! Gatta give him a chicken", „keep him at bay!”, albo „Gary move out!”, jak w słynnym filmie z YouTube’a [1]. Kolejne warany widzieliśmy jeszcze parokrotnie w czasie tej wycieczki, a raz, gdy szukając naszej drogi wpłynęliśmy w ślepy zaułek, jeden z nich zatarasował nam drogę. Zbyt mało było miejsca, aby zawrócić, więc musieliśmy zwinnie wypłynąć tyłem, cały czas lawirując, by nie być bliżej od niego niż metr.
Taki forfiter do nas płynął
Przez dwie godziny pływania, poza wieloma waranami, widzieliśmy małpy oraz mnóstwo ptaków, w tym kolorowe papugi. Jedną z zalet płynięcia kajakiem było to, że nie straszyło się zwierząt, jak to było w motorówce, a więc mogliśmy do nich podpłynąć naprawdę blisko. Dodatkowo samemu regulowało się tempo, co nadało całej wycieczce bardzo spokojną i relaksacyjną atmosferę, sprzyjającą kontemplacji i wyciszeniu.
Ola wypatruje zwierząt, którym mogłaby zrobić zdjęcie
Ptaki wygrzewające się na słońcu

Pływając z żółwiami

Z Tangalle przemieściliśmy się do Matary, która nie była opisana w żadnym przewodniku. Przypadkiem dowiedzieliśmy się o niej, gdy w Ella powiedziano nam, że to jedyne miasto na południu, do którego dojedziemy bezpośrednio autobusem (co nie było prawdą). Przeglądając hotele zauważyliśmy, że jeden z nich  ma w nazwie „Turtles Beach”, a w opiniach informację, że pełno jest tam pływających żółwi. Postanowiliśmy to sprawdzić.
Warany nie tylko pływały, ale i chodziły po mieście
Wychodząc z naszego pensjonatu na autobus, zauważyliśmy wyjeżdżających wynajętym samochodem innych turystów. Zaczęliśmy niewybrednie komentować, co to za wygodniccy burżuje podróżujący autem, gdy autobusy kosztują grosze. Zaczęliśmy się także zastanawiać nad autostopem. Turyści-burżuje wyprzedzili nasze pytanie i sami zaproponowali podwózkę. Okazało się, że prawdopodobnie wszystko co mówiliśmy zrozumieli, ponieważ byli z Ukrainy. Olga i Slav, podobnie jak my, chcieli uniknąć zimy, więc na ten okres przenieśli się do ciepłych krajów, skąd pracują zdalnie. Mimo początkowego foux pas, od razu znaleźliśmy wspólny język. Gdy opowiedzieliśmy im o naszym celu podróży, spodobał im się i dostosowali swoją trasę.
Kameleon
Dotarłszy na plażę od razu chcieliśmy przetestować czy opinie przeczytane w Internecie są prawdziwe. Wynajęliśmy maski, rurki i do wody! Tu napotkaliśmy pierwszy problem - Ola boi się pływać w otwartych akwenach. Próbowaliśmy pływać przy brzegu, ale z powodu natłoku ludzi, widzieliśmy jedynie parę kolorowych rybek.
Obowiązkowym przystankiem na każdej plaży było przywitanie z pieskami
Krzyś popłynął na zwiady - w odległości stu metrów od plaży zaczynała się rafa koralowa. Niestety cała była szara i martwa, jednak nadal było w niej pełno rybek. Wracając z niej, niosąc dobrą nowinę o mnogości morskiej fauny, Krzysiek zauważył w oddali dziwną, gładką skałę pod wodą.. Myśląc, że to okaz żywego korala podpłynął bliżej i nagle... skała odpłynęła! To był żółw zielony, taki sam, jak te, które widzieliśmy w Omanie. Ogromny! Krzyś jak najszybciej wypłynął opowiedzieć o tym reszcie!
Teraz Ola musiała przełamać strach i zacisnąć zęby, tylko jak? Postanowiliśmy płynąć powoli i trzymając się za ręce. Słona woda mocno pomagała, dzięki temu w miarę szybko znaleźliśmy żółwia i mogliśmy obserwować jak pływa i je. Wszytko działo się na odległość ręki i pewnie nawet moglibyśmy go dotknąć. Postanowiliśmy chwilę z nim pobyć i zobaczyć go z każdej strony. W pewnym momencie wynurzył się, co było niesamowitym przeżyciem - widzieliśmy jego główkę nad wodą, a skorupę pod taflą. To był najbardziej zachwycający moment podczas podróży w tym kraju! Widok ten tak wzruszył Olę, że aż uroniła kilka łez. Tymczasem my dla żółwia nie byliśmy aż taką atrakcją, bo ani nie zwrócił na nas uwagi, ani się nie rozpłakał.
W tej dziurze żyje krab
Wieczorem, gdy jedliśmy kolację w naszym hotelu, właściciel wyrzucał niedojedzone porcje do oceanu, tłumacząc że to dla żółwi. Rozbawiło nas, uznaliśmy, że tak tylko mówi, by nie płacić za ich wywóz, aż nagle spod powierzchni wynurzył się żółw i widzieliśmy, jak zajada się niedojedzonym przez turystów homarem. Przygoda z żółwiami pokazała, że warto czasem ufać rzeczom przeczytanym w internecie!
Jedną z atrakcji wybrzeża są blow holes, czyli specyficzne formacja skalne, gdzie pod wpływem fal woda wyrzucana jest na wiele metrów w górę

Plaże pełne turystów i oglądanie wielorybów

Na ostatni tydzień zostały nam bardzo turystyczne plaże, które w internecie opisywano jako spokojne i mało popularne wśród turystów. Było tam wszystko to, za czym nie przepadamy, a jednak nie możemy powiedzieć, że nam się nie podobało. 
W Mirissie wykupiliśmy bilet na wielorybniczy rejs. Była to droga zabawa, ale uznaliśmy, że gdzie indziej uda nam się zobaczyć płetwala błękitnego? Wyruszyliśmy jeszcze przed wschodem słońca, ponieważ rejs miał zająć cały dzień. Na statku był cały przekrój turystów - od tych pijących piwo o 6 rano, do podekscytowanych dzieci. W drugiej godzinie udało się zauważyć w dalekiej oddali ogon nurkującego wieloryba. Zgodnie z tym, co powiedział kapitan, ogon oznaczał nurkowanie, więc nie było sensu czekać aż pojawi się znów. Bezpośrednio potem zostaliśmy zapytani przez załogę, czy na pewno chcemy dalej szukać, bo to może zająć parę godzin. Dostawszy jednoznaczna odpowiedź twierdzącą od wszystkich turystów, upewnili się jeszcze dwa razy i niezbyt chętnie przystali. Po kolejnej godzinie nastał chaos na statku, poszła plotka, że niemowlę na dolnym pokładzie jest bardzo chore i musimy zawracać. Tym razem załoga przystała na to bardzo ochoczo i od razu zrobiła zwrot przez sztag.
Widok na zatokę o wschodzie słońca
My jeszcze w dobrych humorach
Niestety jak to z plotkami bywa, ta okazała się nieprawdziwa. Po pewnym czasie któryś z pasażerów poszedł to sprawdzić. Okazało się, że chorym dzieckiem jest szesnastolatek, który ma po prostu chorobę morską, a całą historię wymyślił turysta, który od rana pił piwo i chciał już wrócić. Wywołało to od razu oburzenie wśród turystów i potok pretensji do kapitana, do którego chętnie się przyłączyliśmy. Kapitan zaś nieugięcie twierdził, że to nasza (wszystkich pasażerów) wina, ponieważ my mu kazaliśmy zawracać. W zamian mógł zaproponować nam oglądanie delfinów, które żerują na trasie drogi powrotnej. Na szczęście przynajmniej to się udało i widzieliśmy je z naprawdę bliska. Płynęły wzdłuż naszego okrętu i mogliśmy się im dokładnie przyjrzeć.
W pewnym momencie towarzyszyło nam stadko delfinów 
Wygląda jak foka, a to delfin
Podsumowując: Oli się podobało, Krzysiu czuł się zawiedziony. Żaden z punktów z reklamy wycieczki nie był spełniony - od zapewnionego zwrotu pieniędzy w razie braku wielorybów, przez wifi, do śniadania na statku. 

Kolejną atrakcją tego miasta była Secret Beach, o której czytaliśmy wcześniej. Skuszeni tą nazwą mieliśmy nadzieję zobaczyć rajską plażę wolną od turystów. Już idąc tam widzieliśmy drogowskazy, więc wiedzieliśmy, że coś tu nie gra. Gdy dotarliśmy na miejsce, były tam hipsterskie bary i tylu turystów, że z trudem znaleźliśmy miejsce dla siebie. Jednak lepszą nazwą byłaby Not that secret beach.

Zrób mi takie, że niby nie pozuje
Szybko! Zalewa mnie!
Dość tego pozowania - czas pływać

Pierwsze urodziny w odległej krainie

Na celebrowanie urodzin Krzyśka, które następowały zaraz potem, postanowiliśmy przemieścić się do Unawatuny. Wynajęliśmy tam skuter na jeden dzień i w szaleńczym tempie 20km/h jeździliśmy po okolicy. Mimo niewielkiej prędkości było to bardzo emocjonujące, trzymające w napięciu przeżycie, ponieważ obowiązuje tu ruch lewostronny, a naczelnym przepisem drogowym jest prawo silniejszego. Wykorzystują to przede wszystkim autobusy, które, nie zważając na innych uczestników ruchu, bezceremonialnie spychają ich na pobocze. Najtrudniejsze okazało się skręcanie w prawo i zawracanie, jednak po pewnym czasie nabraliśmy wprawy. Do końca jednak nie zdobyliśmy na tyle pewności siebie, by przyspieszyć i przestać być najwolniejszym członkiem ruchu drogowego. Chęć do brawurowej jazdy studził także fakt braku międzynarodowego prawa jazdy. Nie chcieliśmy być zaangażowani w żaden incydent drogowy, by uniknąć problemów.

Nasz wehikuł
Dzięki skuterowi mogliśmy odwiedzić parę atrakcji w dalszej okolicy, w tym miasto Galle z portugalskim fortem oraz Palm Swing, czyli huśtawkę nad oceanem zawieszoną na palmie. Pierwsza z atrakcji była XVII wieczną, ufortyfikowaną dzielnicą z czasów holenderskich. Dobrze zachowane kolonialne budynki oraz tropikalny klimat tworzyły ciekawy krajobraz. Najbardziej spodobała nam się latarnia morska otoczona palmami. Druga atrakcja nie była zachwycająca sama w sobie, a ponadto bardzo droga, ale za to plaża była pusta. Mogliśmy usiąść w spokoju i wspólnie świętować urodziny Krzysiaczka.
Latarnia morska w Galle
Obowiązkowy przystanek na kokosa w każdym możliwym miejscu

Sałatka ze świeżych owoców

Rafa koralowa

Kolejnego dnia udaliśmy się na Jungle Beach, małą plażą nazwaną tak ze względu na otaczający ją las tropikalny. Była też oddalona od głównej miejskiej plaży, więc nie była tak zatłoczona, a woda była bardzo przejrzysta. Wiedzieliśmy również od Olgi i Slavy, że znajduje się tu rafa kolorowa i pełno jest rybek oraz płaszczki. My również zapragnęliśmy zobaczyć morskie życie, więc wynajęliśmy zestawy do snorklingu. Rafa koralowa, niestety również martwa, obfitowała w morskie życie. Znajdowała się zaledwie parę metrów od brzegu i od razu przy jej granicy zaczęły otaczać nas rybki, a niekiedy całe ich ławice. Wśród nich kolorowe jak Nemo i Dori, małe nadymki, ponad metrowe papugoryby, węgorze ukrywające się w zakamarkach i wielkie ławice. W większości nie zwracały na nas uwagi, tylko skubały koral, a większe z nich były istnymi wandalami, odgryzając i łamiąc ich duże kawałki. Tak nam się spodobało podglądanie morskiego życia, że spędziliśmy oglądając je ponad dwie godziny, co skutkowało mocno spalonymi plecami. Oj, nieprzyjemnie się później chodziło z plecakiem!
My jeszcze nie spaleni
Na sam koniec Krzysiek postanowił popłynąć na samotną wyprawę, znacznie dalej, do miejsca gdzie z reguły turyści dopływali łódką. Po drodze należało przepłynąć przez głębokie morze, by dotrzeć do rafy na mieliźnie. Tu ryby były inne, mniej kolorowe, za to większe. W pewnym momencie ławica setek dwudziestocentymetrowych ryb otoczyła go, co było jednocześnie fascynującym, jak i przerażającym przeżyciem.
Bałem się, że zaraz przypłynie rekin po ten łakomy kąsek, a na deser schrupie jeszcze to apetyczne wrocławskie ciacho! ~ Krzyś
Zaraz potem postanowił wrócić jak najszybciej na brzeg.
Krzysiek wychodzący z wody niczym gwiazda filmowa
Następnego dnia należało przemieścić się już bliżej lotniska, bo nasz czas na Sri Lance dobiegał końca. Piękny kraj, z zapierającymi dech w piersiach krajobrazami, pełen egzotycznych zwierząt i owoców oraz… niestety z ogromną liczbą turystów. Orient miesza się tu ze światem zachodu  i dostosowaniem zwyczajów pod przyjezdnych. Mimo to, jest to na pewno ciekawe miejsce do zobaczenia, z fascynująca historią, cudownymi widokami i rajskimi plażami.


Sri Lanka w pigułce, czyli nasze rekomendacje doświadczeń, miejsc, kuchni:

Co zjeść lub spróbować:

  • Owoce – mango, liczi, ananasy, woodapple (fuu!), papaje, kokosy, banany, a wszystko to dostępne również w formie świeżo wyciskanych soków


  • Hoppers – naleśniki smażone w specjalnym kulistym garnku z farszem z sadzonego jajka 
  • Roti – gruby smażony placek używany jako chleb
  • Kottu Roti – posiekany roti z dodatkiem warzyw, jajek i przypraw
  • Dal -  potrawka z ciecierzycy lub innych produktów strączkowych. Najczęściej podawana z ryżem lub roti
  • Kawa – polecamy aby spróbować  jak smakuje najgorsza kawa świata - tak słaba, że nie wiadomo, czy pije się wodę, lurowatą herbatę czy coś kawopodobnego. Do tego cukier od wilgoci zawsze jest nieźle zbrylony
  • Herbata – szklaneczka złotej herbaty na plantacji oraz tradycyjnego czarnego ulepku z mlekiem

Co zrobić i zobaczyć:
  • Nocować na Ella rock
  • Nurkować na rafie koralowej
  • Popływać z żółwiami w oceanie
  • Kajakować w lesie namorzynowym z waranami
  • Zjeść (nie) jedną z tysięcy przepysznych przekąsek do zalezienia na przydrożnych stoiskach
  • Pójść na kurs gotowania, gdzie poznasz smaki Sri Lanki od kuchni
Równocześnie nie polecamy „legendarnej” przejażdżki pociągiem z Kandy do Ella.

Garść statystyk:
  • O kraju:
    • Mieszkańców (w tym w stolicy): 21,4mln (0,8mln / 4,5%) [A][B]
    • PKB per Capita PPP (ile % Polski aktualnie / kiedy było takie w Polsce): 12,8k$ (44% / 2003)[3]
    • Średnia pensja: 25k LKR (540 PLN)[4]
    • Cena bochenka chleba: 180 LKR (3,9 zł) 
    • Rekord w swojej kategorii: bilet wstępu do atrakcji – 120 PLN
  • O naszej podróży:
    • Ilość stopów / ilość kilometrów nimi przejechana: 1 / 39
    • Ilość nocy w namiocie/będąc zaproszonym/w hostelu: 1 / 4 / 16

[1] dla tych co nie znają, zachęcamy do obejrzenia dwóch filmików:
- https://youtu.be/WcYe1Sd8H_U
- https://youtu.be/1b0uomM9z0g

[A] https://www.google.com/search?q=Sri+Lanka+population
[B] https://www.google.com/search? q=Colombo+population
[C] https://data.worldbank.org/indicator/NY.GDP.PCAP.PP.CD?locations=PL-LK
[D] https://tradingeconomics.com/sri-lanka/wages

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Karabon voyage , Blogger