sobota, 15 czerwca 2019

Mjanma autostopem, czyli podróż na pace wśród uśmiechniętych i wysmarowanych Thanakhą twarzy



Granica to magiczne miejsce. W naturze nie ma żadnych przesłanek, że cały świat się zaraz zmieni -– ot, zwykły most na zwykłej rzece. Jedynym wyróżnikiem jest budka graniczna, która jest niczym drzwi do Narni, oddzielająca kompletnie różne rzeczywistości. Ta inność promieniuje w głąb kraju na wiele kilometrów, dając przedsmak tego, co można będzie ujrzeć po drugiej stronie. W granicznej miejscowości Moreh, jeszcze po hinduskiej stronie, widać było mnóstwo przyjezdnych na handel, o zupełnie innej budowie ciała, innym zachowaniu, innych rysach, innym kolorze skóry niż ludność miejscowa. Znacznie bardziej dalekowschodni i drobniejsi. Zaś po przejściu granicy naszym oczom ukazały się tysiące złotych pagód wyrastających ze wzgórz, drewniane chatki na palach i uśmiechający się, weseli, machający nam na przywitanie ludzie o umazanych thanaką twarzą. Thanaka jest fenomenem, który widać od pierwszych chwil wstąpienia do Mjanmy. To tradycyjny birmański makijaż. Ma on właściwości chłodzące (co w 40 stopniach bardzo się przydaje!), działa jak filtr oraz wspomaga dbanie o cerę. Uzyskuje się go sproszkowując drzewo (thanakha) na kamieniu.

Pięknemu we wszystkim pięknie!
Nawet ze sproszkowanym drzewem na twarzy
Najpierw drzewo należy rozetrzeć na kamieniu i dodać wody...
By następnie udekorować sobie twarz
Prawie zawsze zmiana granicy jest dla nas z jakiegoś powodu stresująca – mimo bliskości geograficznej czy podobieństw kulturowych często w nowym kraju obowiązuje inne prawo, odmienna religia, a także zwyczaje, jak choćby niekulturalne gesty, na które należy uważać. Birma stresowała nas głównie z powodu zakazu rozbijania namiotu, a także prawa, które mówi o tym, że turyści mogą spać tylko w licencjonowanych przez rząd (nadzwyczaj drogich jak na Azję) hotelach, a lokalna ludność ma zakaz nocowania turystów. Wjeżdżaliśmy więc do tego kraju z mieszanymi uczuciami – radością, że po prawie dwóch miesiącach opuszczamy Indie i ekscytacją na myśl o nowych przygodach, lecz także obawą przed nowym.
Od razu rzucił się w oczy birmańksi alfabet
Oraz to, że panie często chodzą w ubraniach przypominających piżamę
Pierwszym przystankiem za granicą była restauracja. Każda jadłodajnia w Mjanmie wygląda podobnie - wielka hala z leniwie mieszającymi powietrze wiatrakami zwisającymi z sufitu, plastikowymi krzesłami, w których nie da się za długo wysiedzieć, i otwartą kuchnią znajdującą się na końcu sali, gdzie można było zajrzeć do garnków, by wybrać, co chce się zjeść i poczuć zapach stojących od rana (albo i dłużej) potraw. W przybytku, do którego trafiliśmy, czekały na nas dwa zaskoczenia: po pierwsze piwo za 850 KYT (2 PLN) oraz to, że wszystkimi kelnerami były dzieci w wieku od 10 do 12 lat. Początkowo myśleliśmy, że są to dzieci właścicieli pomagające w rodzinnej firmie, jednak pod koniec wyjazdu dowiedzieliśmy się, że tak niestety nie jest. Dzieci są sprzedawane do pracy za śmieszne pieniądze przesyłane do ich rodziców. Miesięczna opłata za pracę dziecka wynosi około 40 PLN! Nie jest to niestety jedyny kraj na naszej trasie, gdzie prawa człowieka nie są przestrzegane. Właściwie było tak w każdym,  oprócz Gruzji.
Piwo to Oli paliwo!

Pierwsze zdziwienia

Zaskoczeń w Mjanmie pierwszego dnia nie było końca. Trasa oznaczona jako autostrada i tak samo nazywająca się na znakach, była najgorszą drogą jaką widzieliśmy w życiu. Ba! Nazwać to drogą to dużo. Było to wyjeżdżone, szutrowe, pełne ogromnych dziur coś wijące się przez góry. Gdy jakiekolwiek auto nadjeżdżało z naprzeciwka, wzbijało tumany kurzu ograniczające widoczność do paru metrów, a nam dodatkowo zatykające dech w piersiach, bo jechaliśmy na pace. Co chwilę podrzucało nami, obijało o ścianki i wytrząsało z nas nasze ostatnie nadzieje na szybki dojazd do celu. Nasza średnia prędkość na odcinku 100 km to 20km/h. Do tego każdy most, przez który przejeżdżaliśmy, miał więcej dziur niż desek, a gdy przez nie przejeżdżaliśmy, skrzypiały tak straszliwie, że  zastanawialiśmy się, czy i tym razem uda się nam przejechać. 

Tu jeszcze było dobrze - był asfalt
Gdy utwardzana nawierzchnia się skończyła, zaczęła się mordęga
Wszystkie domy, jakie widzieliśmy na wsi, były wyniesione na palach. W ciągu dnia rodzina odpoczywa w jego cieniu, często na hamaku.
Gdy wreszcie dojechaliśmy do rozwidlenia, gdzie nasze drogi z kierowcą się rozdzielały, już zaszło słońce. Jak wspomnieliśmy, w Mjanmie spanie w namiocie jest nielegalne, więc należało się jakoś ukryć. Tylko jak to zrobić, gdy z jednej strony drogi są tereny wojskowe, z drugiej zabudowania? Należy znaleźć krzaki i liczyć na to, że w ciemności nikt nas nie wypatrzy. Zaskoczyło nas to, jak życie w Mjanmie uwarunkowane jest słońcem - chwilę po zachodzie świat zamiera. Auta przestają jeździć, ludzie schodzą ze swoich pól, dzieci wracają do domów i w niedługim czasie po zachodzie wszędzie zalega cisza. Odwrotnie rano, świt to nowy dzień i nagle wszytko się budzi. Nie chcieliśmy jednak kusić losu i rozłożyliśmy namiot w kompletnej ciemności wyuczonymi przez pół roku ruchami. Próbowaliśmy też bezszelestnie medytować. Mieliśmy bowiem postanowienie, by będąc w Birmie, gdzie na każdym kroku czuć atmosferę skupienia, spróbować zagłębić się w tę praktykę. Po kilku próbach, wielu ukąszeniach komarów i romansu z trzema aplikacjami pomagającymi w medytacji, poddaliśmy się i zrezygnowaliśmy z dalszych prób. Niestety nie zrozumieliśmy ani jak to robić, ani po co.
Prawie osiągnęliśmy nirwanę niczym Budda
Może początki są trudne i zbyt szybko się poddaliśmy, a może mieliśmy pecha do wybranych przewodników po świecie medytacji. Komendy przez nich wydawane nie zawsze były jasne, bo cóż znaczy „zajrzyj w głąb siebie” albo „poczuj jak dźwięki w ciebie wchodzą i z ciebie wychodzą”.Niestety mimo szczerych chęci nie znaleźliśmy odpowiedzi po co właściwie to robić, jaki ma być z tego zysk. Wyciszyć się, ale w jakim celu? Mieliśmy nadzieję, że odpowiedź przyjdzie wraz z kolejnymi medytacjami, ale nie przyszła. Po około 15 podejściach zrezygnowaliśmy ~ Krzysiek
Krzyś ukazujący natchnionego turystę
Mjanma była też krajem pełnym życzliwości, ze strony napotkanych ludzi. Nie aż takiej, jak ta w Omanie (koniecznie przeczytaj nasz post o tym kraju!) czy Iranie (nasz ulubiony kraj podzielony został na dwie części, które możesz znaleźć tutaj: część I, część II), jednak nadal wychodzące ponad standard. Wcześniej czytaliśmy też relacje innych podróżników na ten temat i mieliśmy nadzieję, że zostaniemy choć raz zaproszeni do typowego domu, co się niestety nie stało. Mimo to z życzliwością ludzką spotykaliśmy się wielokrotnie. Drugiego dnia zawitaliśmy do pobliskiej restauracji serwującej jedynie zupki chińskie, herbaty z proszku i inne bardzo wysoko przetworzone produkty, gdzie pani nie chciała przyjąć od nas zapłaty. Niewiele później zatrzymało się auto piekarza, by dać nam bułeczki na drogę. Od razu nastawiło nas to bardzo dobrze do tego kraju.
Nie były to najsmaczniejsze bułeczki w życiu, ale za to był to bardzo miły gest

W wnętrznościach buddy

Powolna droga mijała nam w blasku palącego słońca, temperaturze 40 stopni Celsjusza i jeździe przeważnie na pace. Drugiego dnia dojechaliśmy do pierwszej zaplanowanej atrakcji, czyli największego Buddy, jakiego prawdopodobnie kiedykolwiek w życiu zobaczymy. Jest to trzecia największą statua świata [1]. Nasz Jezus ze Świebodzina nie dorasta mu nawet do kolan (dosłownie). W ogóle Jezusy nie miałyby szans z Buddami w wielkiej walce posągów religijnych, która, co jasne, odbędzie się przy końcu świata. Obok tego najwyższego znajdował się również największy Budda odpoczywający (takiego to łatwiej zbudować), oraz jeszcze kilku równie wielkich w pozycji siedzącej. Całość była bardzo kiczowata i tanio wykonana. Złota farba odpadała, a posągi z tyłu wyglądały jak zwykły blok. Ciekawostką było to, że da się wejść do brzucha posągu, by zobaczyć ładny widok. Niestety, nam nie było to dane, ponieważ spóźniliśmy się o dosłownie parę minut. Pewnie by się nam udało, gdyby nie tuk-tuk, który zatrzymał się 20 minut szybkiego chodu od statuy, mówiąc, że dalej nie pojedzie, bo nie może. Okazało się, że  na szczycie, tuż pod stopami posągu, też był parking, tylko płatny... Może następnym razem uda nam się zobaczyć wnętrzności Buddy? 

My i Budda, choć chyba kolejność wymienienia powinna być inna.
Budda i Stupa, czyli miejsce modlitw buddystów

Cały kompleks otoczony był tysiącami małych Buddów 

Szereg nieszczęśliwych wypadków

Wielki posąg Buddy był przystankiem w drodze do Mandalay, drugiego największego miasto Mjanmy, nie przypominającego w niczym oglądanych przez nas wcześniej wsi. O ile tamte były inne, orientalne, to miasto było zwykłe. Zwykłe bloki, zwykłe kamienice. Nadal azjatyckie, ale swojskie. Swojskość ta nie uratowała nas przez pasmem "porażek". Zaczęło się od wejścia do naszego hostelu, który był zamknięty i dobrą godzinę się do niego dobijaliśmy, dzwoniąc, pukając, machając rękami i krzycząc. Nawet widzieliśmy przez okno pana w recepcji, ale jakoś on nas nie mógł zauważyć. Zwiedzanie miasta też nam nie poszło, bo na pierwszy ogień miał pójść pałac, a dotarliśmy do niego od tylnego wejścia. Do kasy biletowej było trzy kilometry i okazało się, że wejście jest drogie. Szybko zmieniliśmy plany i postanowiliśmy udać się do 900-tonowego Buddy, wykonanego z jednego kawałka marmuru, którego przenoszono przy użyciu siły ludzkiej, bez użycia maszyn. Taksówkarz, którego poprosiliśmy o podwiezienie tam, miał natomiast inne plany i zawiózł nas do świątyni, w której miała być największa książka świata. Chwilę się pokłóciliśmy, ale uznaliśmy, że taka wielka księga też może być ciekawa do zobaczenia. Spędziliśmy pół godziny chodząc w tę i z powrotem i wypatrując gdzie ona jest. Wydawało się nam, że skoro jest taka wielka, to bez problemu ją znajdziemy. A  jednak nigdzie jej nie widzieliśmy. Spytaliśmy mnicha, który oznajmił, że każda ze stron "księgi" znajduje się w innej stupie w ogrodzie. Nazywana jest największą na świecie, bo zajmuje największą powierzchnię. No cóż, nie do końca o to nam chodziło… Chcieliśmy jeszcze raz dać szansę wielkiemu marmurowemu Buddzie, ale gdy już dotarliśmy do pagody, do której od początku chcieliśmy, okazało się, że posąg jest po prostu brzydki, a świątynią kiczowata.
W każdym z tych małych budynków znajdował się fragment księgi, a razem tworzyły "największą książkę świata"

Przynajmniej znaleźliśmy małego kotka, którego Ola mogła pogłaskać
A to jego brat - kot w butach

Zwróćcie uwagę na kolumnę
jest wypełniona tysiącami małych figurek przedstawiających Buddę
Mamy wrażenie, że buddyzm i hinduizm mocno siebie przenikają. Ta świątynia, mimo że buddyjska, przypominała hinduskie
Podobnie wyglądający demon był w Indiach
Marmurowy Budda
Postanowiliśmy dać Mandalay ostatnią szansę i spróbowaliśmy popatrzeć na nie z innej perspektywy - pobliskiego wzgórza. By dotrzeć na jego szczyt, trzeba było przejść przez tysiące pagód, w każdej zdejmując obuwie, zakrywając ramiona i nogi. Dotarłszy tam, nie odmówiliśmy sobie zobaczenia miasta z punktu widokowego, który był w świątyni. Znów  więc trzeba było chodzić bez butów, tym razem jednak po podłodze tak nagrzanej od słońca, że parzyło w stopy. A widok? Okazało się, że miasto skryte było za smogiem…


Na szczęście Ola zawsze wypatrzy jakieś kotki




W pogoni za świątynią idealną

Birma otworzyła się dla turystów relatywnie niedawno. Byliśmy przekonani, że zwiedzają ją jedynie podróżnicy-backpackersi podróżujący po Azji Południowo-Wschodniej. Okazało się jednak, że Birma jest popularnym kierunkiem wycieczek zorganizowanych dla rodzin z dziećmi, a zwłaszcza – dla Japończyków. Bagan jest najbardziej popularnym miejscem w Mjanmie i tam też spotkaliśmy największą liczbę turystów. Miasto to, dawniej stolica pierwszego Imperium Birmańskiego,  obecnie jest w całości strefą archeologiczną. Słynie z ponad 2000 świątyń, pagód i klasztorów (w okresie świetności było ich ponad 10 000!), dlatego, szczęśliwie wszyscy turyści rozpierzchli się po 100 km2 obiektu archeologicznego. Dzięki temu mogliśmy w samotności, na naszym elektrycznym skuterze, mknąć pomiędzy XII-wiecznymi zabytkami, smagani przez wiatr i zwisające z drzew liany, poszukując najstarszych, najmniejszych i najbardziej oddalonych od głównej drogi świątyń – takie były bowiem najpiękniejsze! Podziwianiu świątyń towarzyszyły poszukiwania najlepszej pagody na obserwowanie zachodu słońca i zrobienie sobie zdjęcia – jeszcze rok temu swobodnie można było chodzić po dachach pagód i świątyń, z których rozciągają się przepiękne widoki na tysiące innych w oddali. Niestety, wszystkie świątynie, jakie odwiedziliśmy, miały zabarykadowane wejścia na dach.  Wynikało to głównie z tego, że świątynie niszczeją, a wiele z nich było remontowanych w momencie, kiedy byliśmy w Bagan. Innym powodem jest bezpieczeństwo – w październiku 2018 roku zginęła turystyka, która obserwowała widok z wysokiej pagody. 


Ostatecznie udało nam się znaleźć ruiny czegoś, co przypominało zdemolowany budynek, jednak postanowiliśmy szukać lepszego miejsca. Pół godziny przed zachodem słońca dorwał nas miejscowy mówiąc, że za 25 zł wskaże nam otwartą pagodę z pięknym widokiem. Chwilę podumaliśmy i zdecydowaliśmy się pojechać. Zaproponowana przez niego pagoda okazała się być gorszą opcją niż „nasze” ruinki – były tam około 20 innych turystów i kilku medytujących o zachodzie słońca podróżników, a sam widok, niewiele mówiąc, mógł być lepszy.
Ola, ezoteryczna piękność
"Mogę już przestać pozować?"
Przy świątyni trafiliśmy także na niecodzienną sytuację – pierwsze, co zobaczyliśmy to grupa kilkunastu turystów z lustrzankami, pan na skuterze i wóz zaprzężony w dwa bawoły z powożącym go miejscowym ubranym w typowy birmański strój wiejski. Dopiero gdy poproszono nas o przestawienie skutera w inne miejsce, bo wchodzi w kadr, coś zaczęło nam śmierdzieć… Grupa turystów wynajęła woźnicę i wóz z bawołami do zrobienia idealnego zdjęcie na tle świątyń o zachodzie słońca. To jeszcze nic! Człowiek na skuterze (do którego tylnej części przyczepiona była wielka gałąź pełna liści) jechał przed powozem, wzniecając tumany kurzu czerwonej birmańskiej ziemi, sprawiając przez to, że woźnica wyłaniał się z otulonej mgłą, bajkowej scenerii.
Już wiemy, jak powstają niektóre zdjęcia do National Geographic ;)


Niemoc ogarnęła nas niczym mgła 

Zrezygnowani i trochę zawiedzeni samymi poszukiwaniami odpowiedniej do oglądania widoków świątyni, postanowiliśmy odpuścić wschód słońca kolejnego dnia, tym bardziej, że właściciel hotelu opowiedział nam, że balony, które zazwyczaj można podziwiać między świątyniami w Birmie, w tym okresie wylatują tylko w wybrane dni ze względu na temperatury przekraczające 40 stopni Celsjusza.

W dzień, kiedy opuszczaliśmy Bagan, spakowaliśmy się, zeszliśmy na dół hostelu, by jeszcze chwilę posiedzieć w chłodnym holu. Jak jeden mąż, zaniemogliśmy i stwierdziliśmy, że zostajemy na jeszcze jeden dzień, tym razem przeznaczony wyłącznie na odpoczynek. Dzięki temu, w pełni sił wieczorem, zaplanowaliśmy kolejnego dnia jednak wybrać się na wschód słońca. Przyjechaliśmy na „nasze” ruinki na długo przed wschodem słońca, lecz niestety – żadnych balonów nie było. Dopiero około 20 minut po wschodzie zaczęły pojawiać się na horyzoncie pierwsze z nich – dobrze, że poczekaliśmy!
Bagan było naszym ulubionym miejscem w Birmie – jeżdżenie po bezdrożach, wśród XII-wiecznych świątyń w upale sprawiło, że czuliśmy się jak bohaterowie filmów lub gier komputerowych – Krzysiu w swoim kapeluszu był stu procentowym Indiana Jonesem, a Ola wśród pradawnych ruin wyglądała jak kuzynka Lary Croft.


Jezioro, na którym kwitnie życie

Z jednej atrakcji turystycznej przeskoczyliśmy do drugiej. Dojazd do jeziora Inle okazał się dla nas zaskakująco łatwy. W połowie drogi, złapaliśmy na stopa bezpośredni autobus, dzięki temu przejechaliśmy trudny górzysty odcinek sprawnie i komfortowo. No prawie… Naprzemiennie włączana była arktyczna klima, by zaraz potem otworzyć okna na czterdziestostopniowy upał (i tak w koło Macieju), nasi sąsiedzi wymiotowali, a osoba z tylnego rzędu wyłożyła stopy na siedzenie Krzysia (jadą za darmo autobusem i jeszcze narzekają). Z naszych obserwacji wynika, że Birmańczycy bardzo często mają chorobę lokomocyjną. Obok nas w autobusie wymiotowały trzy osoby, co spowodowało, że Krzysiek przez całą jazdę jedyne o czym mógł myśleć, to wszystkie historie, kiedy wymiotował - kiedy miał 7 lat w czasie jazdy nad morze, kiedy mając 11 lat wymiotował w nowym aucie znajomych rodziców, kiedy... I tak przez całą jazdę. 
Gdy dojechaliśmy do miejscowości okazało się, że wjazd na obszar jeziora Inle dla obcokrajowców jest płatny, o czym nie mieliśmy pojęcia i finansowo nie byliśmy na to przygotowani. Kontroler wchodził do każdego autobusu i żądał opłaty od każdego, kto nie wyglądał na Birmańczyka. Przeszukaliśmy wszystkie zaskórniaki, spłukaliśmy się doszczętnie, ale na szczęście udało się wysupłać na bilet. Wieczorem, kiedy wypłaciliśmy już pieniądze z bankomatu, uczciliśmy to drinkami, które były zaskakująco tanie, więc spróbowaliśmy każdego z menu.  Na szczęście, mimo że się nie oszczędzaliśmy, ten wieczór nie dopisał kolejnego rozdziału w długiej i pełnej chwały historii wymiotów Krzysia.
Pierwszego dnia postanowiliśmy przejechać się rowerami wzdłuż jeziora. Mimo przejechania 10 kilometrów, jeziora nie udało się zobaczyć, bo trasa była sporo od niego oddalana i musieliśmy zbaczać do każdej miejscowości po drodze. Dzięki temu dotarliśmy do mniej turystycznych rejonów i udało nam się przepłynąć łódka pomiędzy domami zbudowanymi wprost na jeziorze. Wydawało nam się to strasznie niepraktyczne - dlaczego budowali na wodzie, co powoduje wiele problemów, zaczynając od transportu na budowie skończywszy? Prawdopodobnie wynikało to z dostępności ryb, wody i różnicy w poziomie jeziora pomiędzy porą suchą a deszczową. 










Przejażdżka rowerowa nie okazała się tak męcząca jak przepuszczaliśmy!
Dzięki niej zboczyliśmy trochę z najbardziej obleganej trasy i zobaczyliśmy mniej turystyczne świątynie

I oczywiście najważniejsze, czyli małe kotki!
W drodze powrotnej zauważyliśmy na mapie zbiornik wodny, oznaczony jako naturalny basen. Było 40 stopni, cały dzień na rowerze i w pyle, więc kąpiel idealnie pasowała na zakończenie dnia. Gdy dojechaliśmy, obecność Oli wystraszyła młodych mnichów, którzy zaraz się zebrali i ubrali. Zostali tylko ci starsi. My zaś wskoczyliśmy do wody, która nie należała do najczystszych ze względu na to, że nie tylko w niej pływano, ale i robiono pranie. Był za to chłodna i bardzo przyjemna, co w takim upale było zbawieniem.
Tak nam się spodobało jezioro, choć może był to głód zobaczenia otwartej wody i wszystkich wyjątkowych atrakcji, którymi jest reklamowany ten region, że kolejnego dnia pojechaliśmy na pełną siedmiogodzinną wycieczkę łódka. To pozwoliło nam zobaczyć najbardziej turystyczna twarz Mjanmy i biznes reklamowany jako "autentyczny", zmieniony na maszynkę do pieniędzy. O ile zrozumiałym jest, że przędzalnia ubrań z lilii wodnych znajduje się na środku jeziora, to co robi tu zakład jubilerski lub produkujący smakowe papierosy? Odpowiedź jest prosta - tu łatwiej o turystów, którzy kupią co nieco (oj, my też! Nawet kupiliśmy papierosy, choć nie palimy i teraz musimy je nosić!). Nie zmienia to faktu, że było to ciekawe. W każdym z punktów następowała prezentacja obrazująca czym zajmuje się dany zakład, pokazywano proces powstawania produktu, a dopiero na koniec oferowano produkty. Mieszane uczucia mieliśmy jednak przy „atrakcji” reklamowanej jako spotkanie z kobietami z długi szyjami. Trzy kobiety z charakterystycznymi złotymi obręczami na szyi siedziały przed sklepem z pamiątkami. Mieliśmy wrażenie, że zupełnie nie chodzi o pokazanie lokalnych zwyczajów, a w istocie jest to wabik na turystów. Podczas wycieczki po jeziorze odwiedziliśmy też targ, klasztor i pagodę. 

Jedna z wysp na jeziorze była wysypiskiem śmieci.... Oczywiście najbardziej oddalona od turystycznych atrakcji


Plemię Karen słynie z tradycji wydłużania szyj. Dziś często traktowane są jako "magnes na turystów", do tego stopnia że w Tajlandii są współczesnymi niewolnikami.
Pani ręcznie wyrabia papierosy, zawijając mieszaninę tytoniu oraz przypraw w liść bambusowy, sklejając wszytko klejem ryżowym. Może nie są to cygara skręcane na spoconych udach Kubanek, jednak i tak się skusiliśmy.
Pachniały zaskakująco aromatycznie, tak że nawet Krzysiek skusił się na bucha.
Proces wyrabiania nici z lotosu - należy przełamać łodygę, wydobyć z niej włókna, powtórzyć proces 3 do 5 razy, zrolować i mamy 3 cm gotowe.

Wymarłe miasto jako stolica

Nay Pyaw Taw, sen modernistycznego urbanisty, wytwór ambicji o potędze generała autorytarnie zarządzającego Mjanmą. Wielkie przestrzenie, podzielone na strefy zgodnie z funkcją - dzielnica hoteli, dzielnica rządowa, dzielnica biznesu, dzielnica mieszkalna - nie przenikają się wzajemnie. Można pomiędzy nimi przejechać szerokimi arteriami, które są całkowicie puste. Pomimo tego że przejedziesz po mieście wynajętym motorem 60 km, nie uświadczysz żadnego domu mieszkalnego czy przechodnia. Czasem miniesz zaparkowane auto w cieniu, kilka samochodów na skrzyżowaniu, policjantów pilnujących nie wiadomo czego. Największą i jedyną atrakcją miasta jest 20 pasmowa autostrada w dzielnicy rządowej, gdzie nie ma żadnego samochodu, za to posterunki policji znajdują się co 100 metrów. Całość sprawia wrażenie wymarłego miasta, choć żyje w nim tyle osób, co w Warszawie.
Po czekaniu 15 minut, gdy nie minęło nas żadne auto, postanowiliśmy wrócić wynająć motor



Pierwszy raz prowadziliśmy motor - bardzo cieszymy się, że trafiło na to miasto i już wiemy, że to nie dla nas - zbyt stresujące i skomplikowane. Na szczęście mogliśmy zatrzymać się na którymkolwiek z czterech pasów w każdej chwili, powoli ruszać, próbując ogarnąć skrzynię biegów, bądź zawrócić, gdy pomyliliśmy trasy. 
W czasie budowy miasta powstało mnóstwo hoteli. Wraz z otwarciem stolicy miał przyjść biznes - nie przyszedł. Jangon nadal został centrum, najważniejszym miastem kraju. Powoduje to, że hotele świecą pustkami i w poszukiwaniu klientów, zachęcają ceną. Dlatego też skorzystaliśmy i spaliśmy pierwszy raz w hotelu z basenem i pławiliśmy się w luksusach. Największe wrażenie zrobiło na nas wielkie okno pomiędzy sypialnią a prysznicem, co mogłoby być krępujące, gdyby był to wyjazd służbowy.



Całkiem przypadkiem złapaliśmy na stopa managera hotelu do którego zmierzaliśmy, więc dojazd był wybitnie łatwy. Podobnie było z wyjazdem, odwieziono nas do obwodnicy. Jak na wymarłe miasto przystało, auto mijało nas co dziesięć minut. Stoisz więc na pustej autostradzie, 35 stopniowy upał, brak cienia, słońce świeci pionowo z góry (prawie pionowo - jednym z aktualnie większych podróżniczych marzeń Krzyśka, jest zobaczyć, jak słońce góruje dokładnie w zenicie, jednak nie umiemy wyliczyć kiedy i gdzie tak będzie). Akurat kiedy po godzinie skończyła nam się woda, zatrzymała się ciężarówka, wioząca wodę, nie po to, by nas podwieźć, tylko podzielić się tym, co wiozą. Niedługo potem zatrzymał się autobus. Chwila rozmowy: "Yangon?", "No money?" I jedziemy! W głowie zaczęły jednak kiełkować przemyślenia: wraz z nami jadą osoby, które zdecydowanie mają mniej pieniędzy niż my, a muszą zapłacić - czy to jest moralne? Prostą odpowiedzią byłoby powiedzieć, że tak, ponieważ kierowca się zgodził, nikomu nie zabieramy miejsca, a pasażerowie też mogli stopować. Niestety to bardzo uproszczony obraz. My mamy wszystko, czego oni nie mają: jesteśmy inni, więc łatwiej nam znaleźć stopa oraz mamy czas i pieniądze, które są niezbędne do długiego podróżowania autostopem. Tutejsi rolnicy nie mogą sobie na to pozwolić - pracują od wschodu do zachodu słońca za grosze. My mamy finansową  poduszkę.
Krzyś na tronie

Prawdziwe centrum Mjanmy

W Mjanmie parokrotnie podróżowaliśmy autobusami, jednak wyłącznie na stopa! Była to miła odmiana od ciągłej jazdy ponad 100 km/h na pace jeepów. Jednym z takich autobusów dotarliśmy do Jangon, czyli starej stolicy Birmy, która praktycznie nadal pełni funkcję najważniejszego miasta w kraju. Tutaj znajdują się ambasady, instytucje rządowe, duże korporacje i właśnie dlatego dość łatwo udało nam się znaleźć w nim nocleg na CoushSurfingu. 




Przygotowania do świętowania Nowego Roku, które obchodzone jest podobnie jak u nas Śmingus Dyngus
Do Jangon dojechaliśmy dzień wcześniej niż zakładaliśmy, a że dotarliśmy do niego tuż przed północą, postanowiliśmy na nocleg udać się do najtańszego hostelu. Cóż to było za miejsce! Gdy otworzyliśmy drzwi z nazwą hostelu, ujrzeliśmy 1,5 metra przed sobą… rząd trzydziestu piętrowych łóżek osadzonych w ścianie. Recepcja, „dormitorium” oraz prowizoryczna kuchnia (stolik barowy, dwa krzesła i toster, wesoło wygrywający melodyjkę przy każdym wyplutym toście) znajdowały się w jednym wąskim korytarzu. Na tyle wąskim, że gdyby mieć odpowiednie łóżko, dałoby się, nie wychodząc z niego, użyć „kuchni”. Widzieliśmy wiele dziwnych hosteli i wiele niespotykanych rzeczy w nich, jednak ten przybytek zaskoczył nas, niestety, najmocniej. 
Hostel był beznadziejny, to wklejamy najbrzydsze zdjęcie z podróży. Ola zachowała je jedynie dlatego, że jest na nim mały piesek.
Pozostałe noce spędziliśmy na CouchSurfingu, który okazał się być strzałem w dziesiątkę! Okazało się, że Maria przez parę lat mieszkała we Wrocławiu, w którym my również mieszkaliśmy. Ba! Mamy nawet wspólnych znajomych (i to bliskich przyjaciół!). Po raz kolejny zdaliśmy sobie sprawę, jak świat jest mały. Podczas naszego pobytu u niej, Maria gościła także innych CouchSurferów. Jedna z par, którą poznaliśmy, jest z Kanady i podróżuje przez Azję rowerem. Swoje wspomnienia notują w dzienniku za pomocą rysunków – głównie wykonywanych akwarelami i kolażem. Ich pamiętnik nas oczarował i od razu zachciało nam się robić coś podobnego! Po chwili jednak zdaliśmy sobie sprawę, że już wystarczająco czasu spędzamy na pisaniu bloga i obrabianiu zdjęć ;). 




Jangon okazał się być przyjemnym, typowym dużym miastem. Swojego czasu Birma była kolonią brytyjską i z tego czasu pochodzi część zabudowy miasta. Budynki w stylu kolonialnym zazwyczaj są mocno nadgryzione zębem czasu i smogiem, jednak czyni je to w jakiś sposób bardziej interesującymi. 
Stare, postkolonialne kamienice podpadające w ruinę nadal robią wrażenie.
Zakamarki i uliczki
Najsłynniejsza świątynia Jangon, na zdjęciu wdać jedynie wejście. Po lewej stronie od bliższego lwa widać jej czubek.
Wieczorny spacer uświadamiał, że jesteśmy już w Azji Południowo-Wschodniej. Na chodnikach tłoczyli się sprzedawcy, każdy ze swoim blaszanym wózkiem służącym za kuchnię polową, zakrzykujący do przechodniów nazwy potraw, które ma w ofercie. To tutaj pierwszy raz zobaczyliśmy robaki do zjedzenia – były tłuste, grube, a co najważniejsze – część z nich była już usmażona, a część jeszcze żywo merdała odwłokami. Nie zdecydowaliśmy się spróbować – może Krzyś kiedyś się skusi? 
Nieodzowną charakterystyką restauracji są plastikowe krzesełka
Pierwszy raz też zaobserwowaliśmy robaki do jedzenia
Ile może leżeć mięso w 40 stopniowym upale? Aż się nie sprzeda!
Na ulicy można kupić wszytko, łącznie z losami na loterię
Dużym problemem w całej Mjanmie są przerwy (lub całkowity brak ) prądu, dlatego wiele miejsc zaopatrzonych jest w agregatory i panele słoneczne

Nareszcie! Odpoczynek!

Kiedy myślałam o podróży przed wyruszeniem w nią, wyobrażałam sobie biały piasek, pływanie w ciepłym morzu i odpoczynek. Jak bardzo się myliłam! Autostop w 43 stopnicach Celsjusza, ciągłe szukanie miejsca do łapania stopa (zazwyczaj ludzie jadą do centrum miasta, więc w dni, kiedy stopujemy, przechodzimy około 6 km w upale z plecakiem), chodzenie z 15 i 23 kg ciężarem na plecach, a ponadto permanentny brak czasu na odpoczynek lub przemyślenia – tak właśnie wygląda nasza podróż. Ciągle zwiedzamy albo się przemieszczamy, piszemy bloga, obrabiamy zdjęcia… zawsze jest coś do roboty. Aby się na chwilę od tego uwolnić, postanowiliśmy pojechać na trzydniowy odpoczynek nad Morzem Andamańskim. ~ Ola

Najpierw trzeba było jednak tam dojechać
Trochę to trwało, a czasu nikt nie lubi marnować!

Czasem na pace bywał towar
A czasem dość dużo luzu
Najgorsze jest jednak to, że prawie zawsze zostawiają nas w złych miejscach
Wybór padł na najtańsze i najbliższe od Jangon miejsce nad morzem –Ngwe Suang. Udało się dotrzeć tam w miarę szybko, a dzięki temu, że jechaliśmy nad morze z Jangon, wielu z naszych kierowców mówiło dobrze po angielsku. Nareszcie mieliśmy okazję porozmawiać o Mjanmie z jej mieszkańcami. W drodze na wybrzeże podwoził nas weteran wojenny, który służył w armii przez 20 lat, do czasu, kiedy stracił nogę. Opowiadał nam o tym jak bardzo nienawidzi teraz wszystkiego, co związane jest z biwakowaniem, chodzeniem po lesie i spaniem na łonie natury, bo przypomina mu to wojnę i służbę w wojsku. Po wypadku założył hodowlę krabów. Obecnie rośnie w niej ich sześć milionów tych stworzeń! Król Krabów, bo tak go między sobą ochrzciliśmy, opowiedział nam o tajnikach posiadania takiego biznesu. W drodze powrotnej spotkaliśmy natomiast młodego człowieka, który swojego czasu pracował dla Fly Emirates, jednak postanowił wrócić do swojej ojczyzny i obecnie pracuje w firmie zajmującej się marketingiem. Wywodzi się z rodziny, która swojego czasu była w Birmie bardzo ważna, bowiem pod okupacją brytyjską jego pradziadek był gubernatorem całego terytorium. Opowiedział nam sporo o historii najnowszej tego kraju i jego polityce. Dowiedzieliśmy się na przykład, że mimo demokratycznych przemian jakie kraj przechodzi od 2015 roku, junta wojskowa ma zagwarantowane konstytucyjnie 25% miejsc w parlamencie, a do zmiany ustawy zasadniczej potrzeba minimum 76% głosów. Aktualna premier, laureatka nagrody nobla, córka twórcy niepodległości Mjanmy, nadzieja Birmy, ma w wielu kwestiach związane ręce, ale i sama nie jest święta. Do tego armia kontroluje wiele biznesów, jak największy browar kraju, produkujący popularne piwo „Myanmar”, czy firmy telekomunikacyjne. Na to nakładają się ciągle tląca się wojna domowa. Dla nas jako turystów było to niewidoczne, ale mniejszości, a czasami nawet mieszkańcy całych regionów, są prześladowani, a w wielu przypadkach dochodzi do mordowania ludności. 

W polskiej prasie głośno było o prześladowaniach muzułmańskiej mniejszości Rohingja, którą armia przepędziła z kraju, paląc całe wioski (przynajmniej 200 wsi zostało doszczętnie spalonych) i mordując ludzi. Ponad milion osób znalazło schronienie w pobliskim Bangladeszu, jednak ich dramat na tym się nie skończył. Aktualnie mieszkają w zaimprowizowanych obozach, z brakiem perspektyw na przyszłość. Nie mogą wrócić do kraju, a w Bangladeszu nie mogą liczyć na godne życie. Co więcej, rząd Bangladeszu chce ich przymusowo przenieść na bezludną wyspę, która rokrocznie w trakcie monsunu jest odcinana od świata. Jedyne co usłyszeliśmy od Birmańczyków o tym kryzysie, to przelotna rozmowa, którą przeprowadziliśmy w autobusie. Można ją streścić mniej więcej tak: 
- Co Wy właściwie wiecie o Birmie? - spytał nas dziewiętnastoletni uczeń jadący do szkoły.
- Jak mnie to wkurza, że jeżeli wpiszesz Mjanma w Google to wyskakują  tylko Rohingja i Rohingja - dodał zaraz jego kolega.
A co my właściwie wiedzieliśmy o tym kraju przed przyjazdem? Mieli rację - niewiele ponad to. A to nie są wszystkie konflikty i problemy tego ubogiego kraju. Będąc w Tajlandii poznaliśmy dziennikarza pracującego dla Free Burma Rangers, który opowiedział nam o mniej znanych konfliktach oraz o tym, jak „jego ludzie” śledzą armię,  by z narażeniem życia zdobywać materiał.

Dla turystów tego świata nie widać.

Miejsce nad morzem, które wybraliśmy, okazało się być odpowiednim na odpoczynek ze względu na przerwy w dostawie prądu – był on dostępny jedynie od 18 do 8 rano. Sprzyjało to całodziennym wycieczkom poza miejsce naszego noclegu. W okolicy było parę atrakcji, takich jak pagody na plaży, więc małe wycieczki umiliły nam czas odpoczynku. W wielu rejonach kraju prąd nie jest dostarczany, dlatego ogniwa słoneczne są tu popularniejsze niż w Polsce (źródło: IDD - Instytut Danych z Dupy). Nawet w dawnej stolicy, w najbardziej ekskluzywnej dzielnicy zdążają się przerwy w dostawie prądu parę razy w miesiącu.






Pożegnanie z Birmą

Postanowiliśmy miłym akcentem zakończyć przygodę w Birmie i pojechać w rejon nie planowany przez nas wcześniej, a znajdujący się na drodze do granicy z Tajlandią i słynący z wysokich zalesionych skał wyrastających z równinnych terenów Mjanmy. Zdarzyło się tak, że z Tajlandii w tamte strony zmierzała dwójka ludzi z Polski, których poznaliśmy przez grupę Facebookową "Autostopowicze Czyli My", więc postanowiliśmy się spotkać i spędzić wspólnie czas.



Na czubku maczugi znajduje się świątynia
W Hpa-An pierwsze co zrobiliśmy, to udaliśmy się na nocny market, który okazał się być ciekawym przeżyciem, jednak z mocno średnim jedzeniem. Następnego dnia zrobiliśmy coś, co szczególnie w Azji nam się podoba – wynajęliśmy skutery i cały dzień spędziliśmy na jeździe przez wioski i bezdroża, trasą prowadzącą wśród przepięknej natury. W każdej z tych wyjątkowych zalesionych skał znajdują się jaskinie, a wiele z nich zostało zaadaptowanych na świątynie. Odwiedziliśmy jedną z nich i zrobiła na nas ogromne wrażenie swoją przestrzenią oraz zdobieniami, a mistyczną aurę groty potęgowali mali mnisi szukający rozrywki wśród skał. Po przejściu około kilometra (!) jaskini, na samym jej końcu, znajdowało się wyjście prowadzące wprost do urokliwego jeziorka, które przepływało przez inną jaskinię. Skorzystaliśmy z okazji i przepłynęliśmy łódką przez jaskinię, której sufit znajdował się parę centymetrów od czubków naszych głów. Oprócz wchodzenia do wydrążonych skał spróbowaliśmy również wdrapać się na najwyższą z nich – było ciężko pokonać w 43 stopniowym upale 700 metrów przewyższenia, ale udało się. Niestety, nie było warto, bowiem widok wcale nie był spektakularny.

Panowie wnoszą transformator na samą górę. Niesowite dokonanie!
Mnisi wchodzą tą samą drogą co my codziennie i to w klapkach!




Zapach palonych śmieci o zachodzie słońca - pycha!
Birma zaskoczyła nas swoją dwojakością – wioski pełne zaciekawionych nami dzieci i ich rodziców, bezdroża poprzeplatane drewnianymi, rozsypującymi się mostami sąsiadujące ze znanymi na całym świecie świątyniami w Bagan i turystyczną mekką – Jeziorem Inle. Mimo obowiązkowych do zobaczenia przez turystów miejsc, Birma pozostaje nieznana i niezrozumiana dla świata.
Mali mnisi bardzo chętnie pozowali i wygłupiali się przed aparatem

 Mjanma w pigułce, czyli nasze rekomendacje doświadczeń, miejsc, kuchni:


Co zjeść lub spróbować: 
  • Rice rice baby – wszędzie, na każdym kroku, o każdej porze i na każdy posiłek w Birmie można zjeść ryż
  • Fried noodles – alternatywa do ryżu, ale też się szybko nudzi
  • Świeży kokos zalany rumem – koniecznie na plaży!
  • Lemoniada z trzciny cukrowej
  • Owsianka w liściu - może nie wygląda najlepiej, ale jest bardzo smaczna



Co zrobić i zobaczyć: 

  • Wejść do brzucha Buddy w Monywa
  • Obejrzeć wschód słońca w Bagan
  • Przepłynąć się po jeziorze Inle
  • Wykąpać się w Morzu Andamańskim
  • Zjeść dziwaczne streetfooody w Jangon
  • Przejechać się skuterem w Hpa-An


Garść statystyk:

  • O kraju:
    • Mieszkańców (w tym w stolicy): 53,37mln (0,9mln / 1,7%) [A][B]
    • PKB per Capita PPP (ile % Polski aktualnie / kiedy było takie w Polsce): 6,1k$ (21% / 1992)[3] 
    • Rekord w swojej kategorii: ilość ludzi jadąca jednym samochodem / ilość kurczaków przewożonych jednym skuterem
  • O naszej podróży:
    • Ilość stopów / ilość kilometrów nimi przejechana: 40 / 2522
    • Ilość nocy w namiocie/będąc zaproszonym/w hostelu: 4 / 5 / 15







[A] https://www.google.com/search?q=Mynmar+population 
[B] https://en.wikipedia.org/wiki/Naypyidaw
[C] https://data.worldbank.org/indicator/NY.GDP.PCAP.PP.CD?locations=PL-MM 

[1] Sprawdzając później ranking posągów okazało się, że w Indiach, obok miasta, w którym byliśmy, jest świeżo oddany, 182 metrowy, najwyższy posąg na świecie. Przedstawia ona jednego z ojców narodu - Sardara Patela, który był wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych w trudnych dla Indii chwilach, po wyzwoleniu z korony brytyjskiej i odłączeniu Pakistanu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Karabon voyage , Blogger